„Ci ludzie nawet kochają, tak
jakby nienawidzili.” — Fiodor Dostojewski.
2. Prototyp
— Wymiana? — pyta niepewnie, przypatrując
się z uwagą krótkim, zmierzwionym przez wiatr włosom; nie wie, jak powinien
traktować jego słowa — jak jeden wielki niesmaczny dowcip, czy może jak prawdziwy
i niezachwiany dowód, że stoi przed nim prawdziwy psychopata, któremu do
szczęście brakuje tylko mocnych psychotropów i pomieszczenia bez klamek; nie
zna go aż tak dobrze, aby oceniać, ale ma wrażenie, że zmaga się z naprawdę
poważanymi zaburzeniami psychicznymi.
— Tak, wymiana — przytakuje cierpliwie,
wykrzywiając usta w cynicznym uśmiechu. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że jego rozmówca
nie prosi, tylko żąda; już dawno podjął decyzje i czeka cierpliwie aż Himuro
się do niej grzecznie przystosuje. — Za jego życie twoje życie, przecież to
prosty rachunek — mówi, wzruszając ramionami. Wykrzywia usta w delikatnym
grymasie, który mógłby uchodzić za uśmiech, ale Himuro przypomina bardziej
oznakę niestrawności; nie ma wątpliwości, że na jego drodze właśnie pojawił się
diabeł w ludzkiej skórze.
— To brzmi jak transakcja — warczy pod
nosem; pierwszy raz daje się uprowadzić
złości na oczach kogokolwiek i jest na siebie wybitnie zły; nie ma pojęcia,
gdzie podziewa się jego spokój, wie tylko jedno: musi chronić osobę, na której mu
zależy. Osiągnął już zbyt wiele, aby się wycofać.
— Nazywaj to jak chcesz, nie przeszkadza mi
to — zapewnia i miażdży w dłoniach komara, który chciał posilić się jego krwią.
Z okresu dzieciństwa oprócz blizn została mu
także odwaga, dlatego Himuro wyłącza myślenie i po chwili zgadza się na jego
warunki.
— Chcę tylko jednego — mówi cicho. — Chcę, abyś przestał nachodzić Atsushiego.
Telefon
wykonany na szybko. Wymiana paru chaotycznych zdań. Sztuczny spokój, który ma
na zadanie uspokoić własne wyrzuty sumienia. Dźwięk przerwanego połączenia.
Przedłużająca się coraz bardziej cisza.
Ma marzenie.
Chce scalić się ze ścianą. Odseparować od życia. Zniknąć z powierzchni ziemi.
Udawać, że nie istnieje. Przestać być przyjacielem dla wszystkich i utożsamiać się z pieprzonym, niewzruszonym kwiatem lotosu. Pozbyć się chorego
entuzjazmu, który jest jego prywatnym kompleksem. Chce żyć jak każdy,
przeciętny Japończyk. Bez żadnych „ale”. Z masą pomysłów na przyszłość.
To nie miało
być tak, do cholery. Ma wrażenie, że upada, coraz niżej i niżej, jak cholerny
kamień w wodę, że ktoś już dawno powiesił mu na chudej szyi sznur i tylko bardziej go ściska. Sam kopie sobie grób, buduje szubienicę własnymi
rękami; oprócz krwi nie widzi nic więcej. Rozkład pochłania go coraz bardziej i
bardziej.
Ściska w
drżących dłoniach kubek, z którego już dawno wyparowało ciepło i żałuje, że
zamiast zwyczajowej kawy nie napił się melisy na skołatane nerwy. Uśmiecha się
z rezygnacją, wbijając spojrzenie w kierownice; kiedyś ciepły, szorstki dotyk
kochanka działał na niego kojąco, jak najwyższej jakości lek na nerwy, teraz
sprawia tylko, że nie może pozbierać myśli. Ma wrażenie, że życie coraz
bardziej go nienawidzi; z dnia na dzień skutecznie rujnuje równowagę, wysyłając
jego spokój na wakacje. Przeciera oczy ze zmęczenia i upija łyk z białego,
plastikowego kubka, wzdrygając się gwałtownie; kawa jest zimna, pozbawiona
jakiegokolwiek smaku.
Wzdycha
głęboko i wyciąga z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Uświadamiając sobie, że
nie ma siły walczyć z nałogiem, wyciąga jednego i przygląda mu się uważnie
przez pewien czas, zastanawiając się, czy było warto, ale jest tylko jedna
odpowiedź na pytanie. Wkłada pałeczkę tytoniu do ust i zapala ja zapalniczką,
która pozostawiła na jego ramieniu ślady poparzenia. Odpowiedź nie pada.
Rozdziewicza
papierosa i zamyka oczy, delektując się zbawczym dymem, który pochłania każdą
powierzchnie płuc. Nie zwraca uwagi, gdy wypuszcza kubek z ręki; to nie ma już
najmniejszego znaczenia. Zaciska miedzy zębami peta; jest jednym lekarstwem na
wszystkie smutki.
Utknął w martwym
punkcie; powinien dać się zabić, gdy los dawał mu na to szansę, a nie szwendać
się po mieście ze skrzywioną psychiką, z milionem zmartwień na karku,
wielkoludem czekającym na niego o każdej porze dnia i nocy, z paroma tysiącami
jenów w kieszeni, bagażnikiem zakupów, nielegalnym romansem, który wpakował
sobie do łóżka na własne życzenie i poczuciem winy, z którym zmaga się przeszło trzy lata i za żadne skarby nie
potrafi sobie z nim poradzić.
Przy życiu
utrzymuje go już tylko dług wdzięczności, który zaciągnął u swojego prywatnego
koszmaru i wyrzuty sumienia, które pielęgnował, aż doszły do stanu, w którym
nie może kiwnąć chociażby placem, aby wyprostować emocjonalną, oplatającą go
skutecznie więź
Himuro
chichocze histerycznie, diagnozując chorobę, która zmusiła go do tego
wszystkiego; samotność. Ale wie, że dziś jest ostatnia szansa, aby postawić
sprawę jasno. Nie może uciekać się do niedomówień. Coraz trudniej przychodzi mu patrzenie wprost
w fiołkowe oczy, które lokują w nim wszystkie nadzieje; kiedyś błyszczały niesamowitym
ciepłem, ale ma wrażenie, że ten blask do niego już nie dociera, a tej osoby
już dawno nie ma.
Zbyt wiele
kłamstw nagromadziło się na siebie, zakłócając cały światopogląd, w który
wierzył. Teraz już tylko chce wierzyć, ale zdaje sobie równie mocno sprawę, że
nie powinien oczekiwać od życia sprawiedliwości; jest zdecydowanie za późno,
aby cokolwiek zmienić.
Stojąc na
klatce schodowej, która sprawia, że dzisiejsze śniadanie podchodzi mu do
gardła, stara się uciszyć zdrowy rozsądek, nakazujący ewakuacje z tego miejsca
w trybie przyspieszonym. Eliminuje z głowy sygnał nakazujący odwrót i wspina
się po stromych, brudnych schodach. Na jego ustach pojawia się cień wymuszonego
uśmiechu. Zbiera w sobie ostatnie pokłady odwagi i składa wizytę pechowi, pobudzając
do życia wszystkie lęki.
Wraz z wejściem
do środka nie ma już mowy o ucieczce. Jest tego boleśnie świadom, dlatego jego
myśli krążą już tylko w jednym kierunku; musi jak najszybciej zniknąć z jego
życia.
— Pogoda daje
w kość — skarży się z uśmiechem na ustach, wchodząc do mieszkania z reklamówką
produktów odżywczych w jednej ręce i za świeżym pieczywem w drugiej;
charakterystyczne skrzypienie sprawia, że pot zbiera się na jego karku. —
Powinniśmy pójść na spacer — proponuje, zdejmując buty; nie ma pojęcia, czy
Atsushi w ogóle wychodzi na świeże powietrze, ale znając jego możliwości
twórcze wcale tego nie robi, uzależniony od przesiadywania całymi godzinami nad
paczką chipsów.
Himuro,
zaniepokojony tym, że nie otrzymuje żadnej stosownej odpowiedzi, zerka do
sypialni i wzdycha głęboko na widok zmożonego przez sen Murasakibary,
przykrytego po same uszy ciepłym kocem; w mieszkaniu panuje przeraźliwy chłód. „Pewnie znów
nie włączył ogrzewania”, przemyka mu przez myśli. Nie cierpi, gdy Atsushi
bagatelizuje swoje zdrowie; już raz wylądował w szpitalu, pokonany przez ostre
zapalnie płuc.
Księżyc
oświetla pokój i Tatsuya mimowolnie unosi kącik ust do góry; nie może uwierzyć,
że w tym samym pustym, pozbawionym radości pokoju, kiedyś potrafili się śmiać i
rozmawiać do samego rana, nie przejmując się tym, że ich uczucia sukcesywnie umierały. Himuro
nie wie, kiedy dokładnie przestał cokolwiek czuć do Murasakibary, ale ma
wrażenie, że uderzyło go to tak, jak grom z jasnego nieba; z dnia na dzień
wszystkie uczucia wyparowały, pozostawiając po sobie jedynie niesmak i
żal.
Odkłada zakupy
na drewniany stolik, przy którym piją herbatę w mroźne dni; Atsushi z jakiegoś
powodu nie toleruje w swoich żyłach kofeiny, dlatego też nawet Tatsuya
postanawia w jego obecności ograniczać kawę i zamiast tego zaspokaja swoją
potrzebę kofeiny kilkoma puszkami pepsi.
Podchodzi do
pogrążonej w śnie sylwetki; Atsushi nie jest pokryty ramienicami, oddycha
spokojnie, równomiernie, nie chrapie, dlatego Tatsuya z czystym sumieniem
przyznaje, że wygląda jakby zmarł. Pochyla się na jego bladym policzkiem i
składa na nim zimny, pozbawiony jakichkolwiek kolorów pocałunek; ma wrażenie,
że już dawno odebrano mu uczucia.
— Obudź się,
Atsushi — mówi cicho, potrząsając lekko ramieniem wielkoluda, ale tak naprawdę
nie chce, aby zaczął kontaktować ze światem żywych. Robi to tylko dlatego, aby
potem powiedzieć ze sztucznym uśmiechem na ustach „przecież próbowałem”, gdy
jego kochanek zacznie się buntować, że go nie obudził. Czuje najprawdziwszą
ulgę; Murasakibara ani drgnie, topiąc swoje marzenia w snach.
Himuro nie
potrafi się już rozczulać nad śpiącą twarzą ponad dwóch metrów, mimo że kiedyś
podczas swoich bezsennych nocy był w stanie robić to do białego rana. Teraz
może stwierdzić już tylko jedno: zdecydowanie woli „purpurową różę” w tej
wersji; jest dwa razy spokojniejsza, nie wymaga opieki, wyimaginowanych słów i
żadnych deklaracji.
— Śpij
spokojnie — szepcze cicho do jego odsłoniętego ucha, zabierając ze stołu reklamówki
ze świeżym zapasem żywności. Z przykrością stwierdza, że taki stan rzeczy jest
mu na rękę; nie musi się spowiadać, dlaczego przyszedł trzy godziny po
umówionej porze, nie musi szukać winy w ciągnacych się w nieskończoność sklepowych kolejkach.
Tatsuya dobrze
pamięta, że jest jedyną osobą, która może wyciągnąć Atsushiego z tych czterech
ścian i zaoferować mu rozrywkę w postaci wizyty w domu handlowym czy wesołym
miasteczku; nie może nie zapomnieć, że kiedyś w drodze do parku rozrywki śmiali
się jak szaleni z głupich dowcipów, a w drodze powrotnej Mukkun był tak
wykończony, że aż zasnął w samochodzie i Himuro był zmuszony wytargać go na
ósme piętro.
Teraz ma
wrażenie, że te wspomnienia są tylko odległym zapychaczem, nie mającym nic
wspólnego z rzeczywistością, ale nie żałuje; nadal lubi spoglądać na zamyślaną
twarz Atsushiego, który, przygryzając język w akcie zmyślenia, spisuje listę swoich ulubionych
potraw, robi to z taką dumą, że śmiech sam ciśnie się na usta. Jednak nie może
pozbyć się wrażenia, że po drugiej stronie drzwi do mieszkania nie ma już nic,
oddziela ich gruby mur niedomówień i wspólnej niechęci.
Himuro zdaje
sobie sprawę, że sieć kłamstw, która owinęła szczelnie kochanka jest zbyt
gruba, nie ma od niej żadnej drogi ucieczki; nie ma zielonego pojęcia jak
powiadomić go z pogodnym uśmiechem na ustach, że pogrzebał swoje uczucia w
żelaznym uścisku osoby, której obaj nie znosili. Nie potrafi wyznać prawdy, boi
się jej, boi się przyznać sam przed sobą, że zniszczył jedyną szansę na
wydostanie się z tego piekła.
Prawda
dochodzi do niego powoli. Nie śpieszy się. Bez żadnego skrępowania przejmuje
kontrolę nad jego ciałem. Czeka na odpowiedni moment. Atakuje. Niszczy. Grzebie
jakiegokolwiek nadzieje. Kradnie szansę na zaczerpniecie oddechu. Zabiera
wszystkie uczucia. Aż nie pozostaje nic innego prócz kłamstw, kłamstw i jeszcze
więcej kłamstw.
Mimo że
obwinia za wszystko pozbawionego iskry życia Murasakibarę, w głębi serca wie,
że jest sam sobie winien. Nie mogą wrócić do tamtych dni. Już nigdy nie wrócą,
bo tak naprawdę nie mają do czego wracać. Granica odgradzająca miłość od
nienawiści jest naprawdę bardzo cienka.
— Muro-chin,
zraniłeś się.
Zaniepokojony,
rozleniwiony głos skutecznie sprowadza go na ziemie. Wzdryga się gwałtownie.
Spogląda na swoją dłoń i wykrzywia twarz w nieprzyjemnym grymasie, mamrocząc
pod nosem coś, co znaczy „ach, masz rację”. Z krwawiącego palca nie czuje ani
odrobiny bólu. Syczy bezgłośnie, gdy Murasakibara z nieświadomą delikatnością
ujmuje jego dłoń i wkłada sobie jego wskazujący palec do ust, ssąc go z
wyczuciem. Czując jak plecy zostały potraktowane przez przyjemny, ciepły
dreszcz, mimowolnie się uśmiecha.
— Nie przejmuj
się mną, głuptasie — mówi, starając się zachować spokój. Dba o każdy szczegół —
głos mu nie drży, jest z siebie piekielnie dumny. — Już wszystko dobrze, Atsushi
— zapewnia i odkłada nóż, czochrając po włosach zgiętego w pół wielkoluda.
— Muro-chin —
zagaduje po chwili Murasakibara, składając na spierzchniętych ustach partnera
pocałunek. — Niedługo masz urodziny. Mieliśmy zwyczaj mówienia sobie, co chcemy.
— Pamiętasz? –
dziwi się Himuro, unosząc brew; zawsze traktuje Murasakibarę jak egoistę,
dlatego nie może ukryć zdziwienia, kiedy padają z jego ust słowa brzmiącego jak
obietnica.
Niezadowolony
Atsushi robi klika kroków w tył, zachowując bezpieczną odległość i przypatruje
się uważnie swojej drugiej połówce; podrywa się gwałtownie na dźwięk nieznanej
melodii i wbija pytające spojrzenie w Himuro.
— Muszę
odebrać — mówi szybko Tatsuya i wysyła przepraszający uśmiech w stronę
wielkoluda, ściskając w dłoni telefon; Murasakibara przytakuje niechętnie i
oddala się niepośpiesznie do sypialni. Nie ma sensu pytać, kto dzwoni i po co
musi odbierać koniecznie teraz; mimo że Murasakibara nie jest już dzieckiem,
nie rozumie systemu dorosłych.
Himuro
odprowadza jego sylwetkę do samych drzwi, czując jak zalewa go fala prawdziwej
ulgi. „Wymyśli coś, do cholery, za nim się domyśli”, jego głowa w
zastraszającym tempie wypisuje czarne scenariusze; nie wie, kiedy z optymisty
zmienił się w prawdziwego pesymistę, ale to nie ma znaczenia.
Prycha zirytowany pod nosem i jednym
przyciskiem ucisza protesty budzika, którego zapomniał wyłączyć; nie może
przyznać przed samym sobą, że jego cały arsenał argumentów zaczyna sypać się w
odstraszającym tempie; niczego od Atsushiego nie oczekuje, jego urodziny to
tylko pretekst do powstrzymania rozmowy, która nie klei się od dobrych kilku dni.
Zaciska dłoń
na obrączce, która zwisa swawolnie z jego szyi na srebrnym łańcuszku i potrząsa
delikatnie głową, aby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia. Ale jest boleśnie
świadom, że to w niczym nie pomaga.
— Taiga, jak
dobrze, że mnie teraz nie widzisz.
To miejsce nie
może dłużej nazywać swoim domem.
W tym związku
miłość przestała istnieć już dawno temu. Kieruje nimi tylko nieznane pożądanie,
chora tęsknota za ciepłem i bliskością drugiej osoby. Murasakibara mruży z
zadowoleniem oczy i mamrocze coś niezrozumiałego pod nosem.
Smukłe palce
wolno błądzą po szorstkiej skórze, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Ich droga jest chaotyczna; sunęły od obojczyku aż po klatkę piersiową,
zatrzymując się dopiero na pępku, ale za nim to następuje, manipulują przez
chwilę sterczącymi od ekscytacji sutkami. Od Himuro zawsze emanuje naturalne
ciepło, które sprawia, że jego ciało pokrywa się gęsią skórką. Nie może
powstrzymać jęku, który wydostaje się spomiędzy dużych warg.
— Kocham cię —
deklaruje, przesuwając językiem po płatku ucha kochanka, nadgryza je,
zaciskając na nich delikatnie zęby i uśmiecha się, gdy zostaje nagrodzony
pojedynczym stęknięciem; zna jego słabe punkty na pamięć.
— Cieszę się —
zapewnia Tatsuya; słowo „kocham cię” z trudem przechodzi mu przez gardło,
dlatego woli zachować je na sytuacją kryzysową, zamiast tego wysyła w stronę
Mukkuna radosny uśmiech, który ćwiczy nieprzerywalnie od dwóch miesięcy przed
lustrem; nie jest idealny, ale wystarczy, aby jeszcze przez chwilę zwodzić go
za nos.
Z
delikatnością pokonuje każdy centymetr ciała wielkoluda, czując jak wypełnia go
coraz dotkliwej poczucie zawodu; Mukkun nie prezentuje się już jak sportowiec z
prawdziwego zdarzenia, jego ciało jest prawie pozbawione jakichkolwiek mięśni,
zamiast nich jest pokryty tkanką tłuszczową, wynik obżerania się całymi dniami
słodyczami daje o sobie znak. Powinien o siebie zadbać — pójść na siłownie, na
pływalnie, pobiegać, pojeździć trochę na rowerze, cokolwiek, aby utrzymać stałą
wagę; jak tak dalej pójdzie, Himuro nie ma żadnych wątpliwości, skończy z
nadwagą szybciej niż zda sobie z tego sprawę.
— Kupisz jutro
truskawki, Muro-chin? — zagaduje po chwili Atsushi, zaciskając dłoń na
pobudzonej męskości swojego wybawiciela; jest twarda i nienaturalnie duża,
brakuje jej już nie wiele, aby osiągnęła upragnione spełnienie. Nakreśla
językiem linie jego żuchwy, aby po chwili przenieść usta na jego szyję; wyczuwa
jabłko Adama i zachowuje przy nimi niezwykłą ostrożność; kolejny fetysz
partnera zostaje zdemaskowany.
Himuro
chichocze cichutko pod nosem, przymykając na chwilę oczy pod wpływem
niebezpiecznych pieszczot zadawanych przez wielkoluda; jego dotyk nie kręci go
tak jak kiedyś, wszystko jest wymuszone, nawet serce nie chce poddać się chwili
uniesienia, tylko penis reaguje impulsywnie, zdradzając swoje zainteresowanie i
łaskotki zawsze pozostają na swoimi miejscu.
— Nie chcesz
tortu? — pyta zawiedziony Atsushi i uśmiecha się za aprobatą, gdy Tatsuya
porusza biodrami w rytm ich przyspieszonych oddechów.
— To nie tak —
parska śmiechem na widok zdziwionej twarzy Murasakibary; nie jest w stanie
znienawidzić jego natury dziecka, bezwarunkowo ją pokochał. — Zima zbliża się szybkim krokiem, nie tak
łatwo dostać truskawki — tłumaczy, bawiąc się fioletowym kosmykiem, który
drażni jego klatkę piersiową. — Poza tym
nie możesz myśleć o jedzeniu dwadzieścia cztery na dobę. Nie wtedy, gdy…
Urywa szybko, gdy
Murasakibara kradnie mu ciche westchnienie; Mukkun wymanierowanym gestem
porusza ręką w górę i w dół, w górę i w dół, podrażniając długimi palcami
męskość, jest bliska eksplozji.
— Nie myślę,
Muro-chin — zapewnie i pochyla się nad nim, traktując językiem jego szyję. Jest
tak pochłonięty, że nawet nie zauważa nieprzyjemnego grymasu, który przechodzi
przez twarz Himuro.
„Wiem, że nie
myślisz, gdyby tak było, nie musiałbym się zmuszać do…”, wzdycha jeszcze
głośniej, gdy Murasakibara pociera palcami o wrażliwą główkę, „nie musiałbym
się zmuszać do najsmutniejszego seksu w życiu”.
Atsushi
zahacza zębami o bladą skórę, zostawiając na niej czasem ślady swojej obecności
i konsekwentnie milczy na widok obcej malinki, która ozdabia obojczyk kochanka;
zaciska łagodnie palce na nabrzmiałym członku partnera, aby po chwili
rozkoszować się cichym jękiem.
— Kocham cię —
szepcze Himuro, zaciskając dłonie na pościeli; to wystarcza. Murasakibara
pochyla się nad jego twarzą i przylega do jego ust, rozgrzewany przez ciepły oddech.
Powolny pocałunek sprawia, że ogarnia ich kolejna fala pożądania, długi język
leniwe wsuwa się w rozchylone usta i drażni podniebienie, ogromne dłonie błądzą
po ciele, nie zapominając o każdym najmniejszym zakamarku, aż w końcu
zatrzymują się na biodrach; zaciska na nich palce i zatrzymuje się.
Patrzą sobie w
oczy, kontakt wzrokowy trwa długo i nieprzerywalnie, towarzyszy im tylko cisza,
przerywana od czasu do czasu przez obecność ludzi na klatce schodowej i
sąsiednich mieszkaniach; nieszczelne ściany przepuszczają każdy najdrobniejszy
dźwięk.
Murasakibara,
czując jak ciepło kumuluje się w jednym miejscu, nie może już dużej sterczeć nad
drżącym pod nim ciałem i ignorować swojej ekstazy; Himuro odchyla nogi i
wpuszcza go do środka, koncentrując swoją uwagę na plamę wilgoci, która zdobi
popękany, biały sufit.
Atsushi
leniwie wciska się w niego i porusza się z wyczuloną delikatnością, starając
się pokonać fasady mięśni bez niepotrzebnego uszczerbku na zdrowiu Himuro.
Tatsuya zamyka oczy, pozwalając z nietypową uległością, aby dwadzieścia placów
złączyło się ze sobą w mocnym uścisku. Czuje jak gorąco atakuje jego policzki,
przez chwile ma wrażenie, że spłoną od tych nagłych pokładów ciepła, ale szybko
zostają ugaszone przez chłodny język wielkoluda, który dotyka rozgrzanej skóry,
dbając, aby się szybko schłodziła.
— Otwórz oczy, Muro-chin — prosi cicho Atsushi;
Tatsuya nie ma pewności, ale ma wrażenie, że wyczuwa w tonie jego głosu nutę
złości zabarwioną lekkim rozbawieniem. Posłusznie otwiera oczy i uśmiecha się
delikatnie, pozwalając, aby z jego ust ulatywały ciche westchnienia i
głośniejsze jęki.
Murasakibara
nieznacznie przyspiesza, porusza się w nim coraz szybciej i szybciej, burząc
delikatny rytm. Himuro zaczyna brakować tchu, nie jest w stanie złapać oddechu,
ciepło atakuje każdą komórkę ciała, ostry ból dominuje nad przyjemnością.
— A-atsushi —
cicho szepcze jego imię, ale reszta słów zostaje przerwana przez wrzask, który
wydostaje się z jego gardła, gdy wielkolud napiera na prostatę; łapczywy
pocałunek przerywa nieprzyzwoity dźwięk.
— Jeszcze
chwilka, Muro-chin — zapewnia Atsushi; nie zdaje sobie sprawy, że zadaje mu ból
w najczystszej postaci, sam czuje przyjemność. Jest na granicy. Tylko chwila
dzieli go od spełnienia; ma wrażenie, że to najdłuższy seks w jego życiu.
Zamyka oczy i z leniwym uśmiechem przyklejonym na ustach eksploduje, traktując
swojego ukochanego ciepłą spermą.
— Zejdź ze
mnie, Atsushi — mówi roztrzęsiony Tatsuya, próbując się uspokoić, ale
Murasakibara przyciska ciepłe ciało
kochanka do materaca i wiąże je w uścisku, kładąc głowę na chudej kalce
pierwszej; praca serca Himuro jest szybka i nieprecyzyjna, jak zużyty silnik.
– Kocham cię —
zapewnia Murasakibara, zgarniając sklejone przez pot ciemne włosy za ucho.
Himuro przeważnie pachnie wiosną i miodem, dziś jest przesiąknięty intensywnym
zapachem polnych kwiatów i dymem, który nieprzyjemnie podrażnia jego zatoki.
Nie może pozbyć się wrażenia, że obcy aromat na skórze mężczyzny świadczy o
tym, że w jego życiu obecna jest osoba trzecia.
Atsushi kręci
nosem z niezadowolenia i otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale refleks Himuro
jak zwykle nie ma sobie równych. Pięć palców szybko przeczesuje purpurowe
włosy. Usta łączą się w precyzyjnym pocałunku; Tatsuya przez chwilę pozwala,
aby ich języki powalczyły o dominacje, ale po upływie dziesięciu sekund
odpuszcza i pozwala, aby ciało Murasakibary ciasno do niego przywarło. Czując
na szyi nierówny oddech; otwiera szeroko oczy ze zdziwienia.
— Coś się
stało, Atsushi?
Troska w glosie
Tatsuyi tak bardzo imponuje wielkoludowi, że myśl o potencjalnej zdradzie znika
z jego głowy tak szybko jak się pojawia. Uśmiecha się delikatnie w odpowiedzi,
zrzucając całą winę na wyniszczony przez brak snu organizm.
— Spaaaaać mi
się chce.
Atsushi w
akompaniamencie głębokiego ziewnięcia przeciąga sylaby, a po chwili zamyka
oczy, aby podkreślić wartość swoich słów. Himuro przyciska usta do jego skroni
i szepcze cichutko „dobranoc”.
Na jego twarzy
pojawia się ulga. Naiwność Murasakibary nie zna granic.
Czeka
cierpliwie aż zaśnie i wydostaje się z łóżka, czując ostry ból, atakujący każdą
komórkę, ale nie narzeka. Traktuje to jako pokuta za swoje grzeszy.
Atsushi opiera
się o ścianę prysznica i zgrzyta zębami ze złości. Nie potrafi zidentyfikować
bólu, który rodzi się nieświadomie w jego piersi, ale nie ma wątpliwości, że
hoduje się w nim pod wpływem dzisiejszych wydarzeń; to świadomość nie chce dać
mu spokoju, przejmuje kontrolę nad jego myślami, zniewala, unicestwia wszystkie
uczucia i odseparowuje dziecięcą naiwność, która wypełnia jego życie od chwili
narodzenia. W jednej minucie wszystko staje się jasne; nie może wymazać z głowy
obrazu oparzeń na ramionach ukochanego i kilku dużych malinek, wyglądają
dokładnie tak, jakby ktoś z premedytacją podpisywał swoją własność, tylko
jedna osoba jest do tego zdolna. Murasakibara nie ma już żadnych złudzeń.
Himuro jest
ucieleśnieniem świętości, tylko wtedy, gdy sam na niego patrzy, ale teraz,
stojąc tuż przed nim, nie może powiedzieć tego samego. Nie może dużej patrzeć
na niego jak na anioła, który spadł na ziemię, aby uchronić go przed
autodestrukcją; Tatsuya jest taki sam jak on — ma wady i zalety; nie należy do
żadnej konstelacji gwiazd, nie jest częścią piedestału.
— Nie musisz
już dużej zmuszać się do uśmiechu — mówi w końcu, zastanawiając się niechętnie
dlaczego Himuro potrzebuje aż tyle wody, aby zmyć jego obecność ze swojego
ciała; mimo że nie jest osobą, która zwraca uwagę na tarczę zegara, ma
wrażenie, że mężczyzna siedzi w łazience dwa razy dużej niż zazwyczaj.
— Mówiłeś coś?
Murasakibara
zaciska mocno dłonie w pięść, aby powstrzymać się od kolejnego wybuchu agresji.
Nie wie, kiedy tak bardzo się od siebie oddalili. Nie może pozbyć się wrażenia,
że Himuro nie jest już chodzącym ideałem; jest prototypem jutra.
— Nie chcę,
abyś udawał, że wszystko jest dobrze.
Tatsuya
nabiera wrażenia, że głos mężczyzny jest coraz słabszy, ale konsekwentnie
milczy, nie chcąc, aby Atsushi jeszcze bardziej upodobnił się do siebie z przeszłości.
Szoruje zawzięcie plecy z pedantyczną dokładnością, zerkając na łańcuszek z
pierścionkiem w mydelniczce.
Ile tak
naprawdę lat minęło dokąd stał się częścią życia Murasakibary? Nie zna
odpowiedzi na to pytanie, ale ma świadomość, że jeśli potrwa to chociaż chwilę
dużej, obydwaj utoną w bezgranicznych
otchłaniach szaleństwa.
— Muro-chin.
Twarz
Murasakibary pojawia się tuż przed jego twarzą. Himuro przykłada sobie ręce do
ust, aby nie krzyknąć.
— Atsushi,
muszę ci coś powiedzieć…
— Nie musisz
nic mówić, Muro-chin, wszystko rozumiem — zapewnia, chociaż sam zainteresowany
szczerze wątpi. — Też zabiłem człowieka.
Uczucie dejavu
jest tak potworne, że Tatsuya nie może pozbyć się wrażenia, że od Murasakibary
emanuje niezdrowa aura psychopaty, ale w głębi serca odczuwa najprawdziwszą
ulgę — powoli znów staje się człowiekiem.
— Chciałem cię
po prostu kochać, Atsushi — mówi cicho, powstrzymując się od słonych łez.
Murasakibara
kładzie palec na usta swojego partnera; „Kocham cię” nie dociera już do żadnego
z nich.
________________________________________
Zgodnie z obietnicą
rozdział przed ostatni; teraz powinno być już wszystko jasne :D A może tylko
dla mnie jest *myśli* Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że poziom spadł
drastycznie. Rozdział jest o wiele dłuższy od pierwszego, ale kolejny będzie krótszy (chyba). Oksy. Ten ficzek od samego początku miał być tylko samymi seksami xd Chciałabym też podziękować za ponad 20.000 wyświetleń ♥_♥
Trzymajcie się
^__^