Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuroko no basuke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuroko no basuke. Pokaż wszystkie posty

2 lipca 2014

Raz po razie

Zawsze pojawiał się o tej samej porze. Zegar wybijał dwunastą. Siadał możliwie jak najdalej, w cieniu. Milczał jak zaklęty, kontemplując bukiet kwiatów, który wcisnął do wazony dwa dni wcześniej, wykorzystując okazje, że nikt, jak mu się wydawało, nie patrzy. Czasem marszczył brwi, a czasem nos, unikając bliskiego spotkania ze swoim wyrzutem sumienia, ale nigdy nie odpływał. Czuwał, zachowując zimną krew, w każdej chwili gotowy na ewakuacje.
Czasem zachowywał się jak nie on. Zaciskał dłoń na kolanie, wbijające matowe, wyraźne zmęczone spojrzenie w przestrzeń pomiędzy szpitalnym łóżkiem a szafką na antybiotyki. Od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenie za ramię, w obawie, że ktoś w każdej chwili może przerwać cisze panującą w pomieszczeniu. Mamrotał coś pod nosem, wyrzucając z siebie słowa jak z karabinu maszynowego, ale nigdy nie wypowiadał ich wystarczająco głośno, tak ażeby można było je zrozumieć. Może nie chciał, żeby ktoś je przechwycił i wykorzystał, a może nie był sobą.
Wpadał w trans, lokując swoje myśli w zapomnianych otchłaniach podświadomości. Ciemnozielone oczy, zwyczajowo tętniące niezidentyfikowaną złośliwością, teraz jawiące się niczym działo sztuki pozbawione walorów artystycznych, był wyprane z życia. Puste, wyblakłe, jak u trupa. Nieprzymuszona aura psychopaty wyparowała pozostawiając po sobie zaledwie dystans do życia i zniekształcony cień rysujący się na ścianie. Podejrzewam dlaczego. Zawsze był zapobiegawczy, co wynikało częściowo z odporności na krzywdę, którą wyhodował sobie dawno temu, a częściowo z poczucia wyobcowania, które – podobnie jak odporności – zabłąkała się przed wieloma laty, nie chcąc opuścić metru siedemdziesiąt z kawałkiem. Chociaż niewykluczona, że on, przytłoczony przez szarość otaczającego go świata, nie cieszący się z nieunikniona zwycięstwa, nie chciał wygrać, poddając jej się bez reszty, czerpiąc siłę z destrukcyjnych skłonności każdego człowieka.
Ale dziś przeszedł samego siebie. Podszedł na palcach do łóżka, tak bezszelestnie jakby nie dotykał ciężkim butami wypolerowanej na błysk podłogi, i, pochylając się nad ciałem zmożonym przez bezwstydny, nieśmiertelny sen, dotknął spierzchniętymi wargami ich lodowatych, większych odpowiedniczek. Nie musnął, nie pocałował. Dotknął, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Dopiero po chwili, po dokładnym przejrzeniu się jego bladej cerze, można było dostrzec łzy, a potem jeszcze więcej łez, obejmujących jego twarz. 
Ten widok zamroził mi krew w żyłach, produkując na skórze gęsią skórę. Otwierałem usta, ale nie potrafiłem  udawać zrozumienia. Wiem, że cokolwiek bym powiedział, moje słowa nigdy do niego nie dotrą, zamknięte w nieskończoności, która nie należała do niego. Usiadawszy ukradkiem na łóżku, obok nieruchomych nóg, pogładziłem wilgotny policzek i zmierzwiłem wierzchem dłoni czarne, sięgające nieco za kark, skołtunione włosy, wyginając usta w karykaturze uśmiechu.
Och, jakbym chciał podarować mu ramię, w które mógłby się wypłakać do woli, nie przejmując się zaczerwienionymi oczami, ani makijażem, który widniał na jego twarzy — makijażem obojętność zdobionym przez sadystyczny uśmiech szaleńca. 
Leniwe wlekące się minuty na tarczy wielkiego zegara potęgowały moją niemoc, wprawiając w ruch nadal tlące się w jego piersi, mimo że na w poły wymarłe, serce. W przypływu bezradności i skrajnej desperacji, przeszedłem samego siebie. Składając na jego skroni wyimaginowany pocałunek zapomniałem o oddychaniu.
Ostry pojedynczy pisk przeciął powietrze jak brzytwy, wywierając poruszenie na wygniecionej przez złość twarzy. Poruszył się gwałtownie, zamierając, gdy stan błogiego spokoju został zakłócony przez intruza. Dwóch intruzów. Jeden z nich, zaciskając boleśnie palce na wymarłym bicepsie, wyprowadził go z pomieszczenia, oferując plastikowy kubek wody.
Wtedy widziałem go po raz pierwszy.

Tokio spowite przez płaszcz ciemności, zasypiało. On nie potrafił. Wiercąc się na łóżku jakby pod wpływem niekontrolowanych drgawek, pozbywał się ostatnich nadziei, że paczka środków nasennych zadziała.
Preferowana przeze niego zbawienna cisza, z dnia na dzień przekształcając się w katorgę, teraz przytłaczała, wysyłając skupienie na zasłużone wakacje. Przewrócił się z prawego na lewy bok, wbijając spojrzenie w uchylone okno. Cienie rzucane przez rozłożyste gałęzie drzewa, rosnącego beztroska za furtką, roztaczały nieprzyjemne wrażenie, że jest obserwowany. Wiatr poruszający firanką, wpuszczał do małego pokoju na poddaszu niechcianą, bladą poświatę księżyca, która skutecznie utrudniała mu ponowne skosztowanie z łaskawości ramion Morfeusza. Otworzył oczy, przeganiając na dobre upragnione oderwanie od życia.
Wygramolił się z pościeli i poszedł do łazienki, wzdychając raz po raz. Wzdrygnął się, gdy jego uszy zostały zaatakowane przez kościelny dzwon, niosący się echem po uśpionych ulicach miasta.
Wtedy widziałem go po raz drugi.

Drżał delikatnie, nie odrywając wzroku od skamieniałej twarzy, skrytej w dębowej, ułożonej tuż przed ołtarzem trumnie, udekorowanej w białe lilie. Nachylił się trochę bardziej, dłonią gładzą irracjonalnie zimny policzek, aby dopuścić do lodowatej skóry odrobinkę zachowanego przez jego ciało ciepła, które nie mogły dostrzec do osoby, pogrążonej w żelaznym śnie.
Spierzchnięte wargi musnęły sine odpowiedniczki, zamykając je w delikatnym objęciu. Trwał tak przez chwile, skupiając na sobie zszokowane, wymowne spojrzenia otaczających go ludzi. Czuł je wszędzie. Na karku. Na szyi. We włosach. Na rękach i nogach.
Poluzował krawat opinający się na szyi i wydobył z siebie ciche westchnienie, przełamując ciężką cisze, która zapadła. Jego pocałunek nie spotkał się z aprobatą, nie został odwzajemniony. Otarł wyimaginowaną łzę z kącika oczu i wykrzywił usta w pochmurnym uśmiechu, zaciskając dłoń na białej róży. Jedynej w tym pomieszczeniu.
Położyłem dłoń na jego ramieniu, w ciszy kontemplując jego prywatną żałobę, która roztaczała wokół niego jeszcze większy dystans do życia. Nie byłem już tą samą osobą. Miałam wrażenie, że jakaś zabłąkana cząstka, która trzymała mnie przy życiu, oderwała się bezpowrotnie. Ta świadomość ukuła mnie boleśnie, obejmując lodowatym objęciem śmierci. 
Ukląkłem obok niego na jednym kolanie i musnąłem opuszkami palców jego kredowobiałego policzka. Wbiłem spojrzenie w jego ciemnozielone, pozbawione czucia oczy. Niepokorne ogniki, szalejące w nich, napawały mnie lękiem. Myślałem, że mogę być tu zawsze, trzymając jego uczucia w zaciśniętej pięści. Koniuszkiem języka dotknąłem jego wyschniętych warg. Nie zareagował. Wstał, wyprostował się i wyszedł. Echo jego kroków odbijających się od kamiennej nawierzchni jeszcze długo niosło się po ścianach przedwojennej kaplicy.
Wtedy wiedziałem go po raz ostatni.

10 marca 2014

I don't care


Zagraj tak jakbyś chciał mnie zabić.
Cisza narasta. Przytłacza. Niszczy granice pomiędzy rzeczywistością a snem. Pobudza do życia wszystkie lęki i fobie. Staje się nie do zniesienia. Zabiera oddech.
— Tatsuya…
Wypowiada jego imię powoli, starannie, delikatnie, dbając o każdy najdrobniejszy szczegół. Przełyka głośno ślinę, spuszczając wzrok. Oczy Himuro, wyprane ze wszystkich emocji, ranią jak tysiące ostro zakończonych sztyletów wbitych prosto w serce.
— Ja…
Szuka odpowiednich słów, ale nie potrafi sklecić logicznego zdania. Chowa ręce do kieszeni, aby ukryć ich drżenie. Proces jego serca przyspiesza, gdy rzucający obrońca dotyka zimnymi opuszkami placów jego rozgrzanego od emocji i mokrego od potu policzka.
Nienawidzić mnie z całego serca.
Zamyka szklące się od łez oczy i wzdycha gwałtownie powietrze do płuc, zaciągającym się nim jak papierosem. Doskonale pamięta wszystko, co wydarzyło się na boisku. Ma to przed oczami. Obraz zdesperowanego Himuro doskonale zakorzenił się w jego głowie. Jego słowa odbijały się od czaszki Taigi, aktywując nieporównywalny do niczego ból, który stara się za wszelką cenę ukryć. Iskry nienawiści igrające ze szarymi oczami za każdym razem, gdy dominował nad nim na boisku, były doskonałym dowodem na to, że przestali się nawzajem rozumieć. Pełne, dobrze wykrojone usta wykrzywione w pogardliwym grymasie stanowiły niezaprzeczalną gwarancje, że braterska miłość wygasła. Fałszywa uprzejmość zabawiająca się tonem głosu dowodziła, że przyszłość została wypalona do czarowności, pozostawiając po sobie tylko białą plamę. Przeraźliwą pustkę. Chorobliwy, natrętny przeszywający na wskroś ból.
Stawiam na szali ten pierścień.
Każda komórka ciała silnego skrzydłowego zostaje strawiona przez irracjonalny lęk, gdy Tatsuya wyciera z jego skóry ślady porażki. Robi to ostrożnie, tak jakby bał się zepsuć strukturę twarzy gracza Seirin. A przecież skóra Taigi nigdy nie odznaczała się szczególną wrażliwością i nie ulegała nawet ostrym promieniom słońca.
— Tatsuya… I…
Wyznanie zostaje zagłuszone przez lodowaty pocałunek. Taiga opiera się o ścianę, aby nie upaść, czując wędrujący po linii kręgosłupa zimny dreszcz.
— I don’t care what you think, Taiga — mówi z nadludzkim spokojnie Tatsuya. Kagami wie, że nigdy nie uda mu się przedostać przez grubą skorupę, która chroni Himuro przed całym światem. Jest wobec niej bezsilny. Może tylko czekać, aż brat sam się przed nim otworzy.
Taiga już otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale Himuro, popisując się refleksem, zaciska wskazujący na jego wargach, uniemożliwiając mu wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
— I don’t care — powtarza zmuszając się do nienagannie pięknego uśmiechu. To co się dzieje później, staje się najgorszym koszarem Kagamiego.
Tatsuya zrywa ich obietnice z szyi, zrzuca nią w rozdygotanego Taigę i odchodzi.
Nie chcę być dużej twoim bratem.
Kagami odprowadza go wzrokiem do drzwi, asekurując się się ścianą, aby nie upaść. Ma wrażenie, że Himuro tańczy. Porusza się bezszelestnie, z taką gracją, że dech zapiera mu w piersi. Dyszy ciężko. Zimny pot oblewa jego plecy. Czuje się tak jakby pokonał tysiące mil sprintem.
Mając do wyboru przeszłość z nim, a przyszłość z tobą, wybór jest oczywisty.
Nigdy nie był oczywisty. Uświadamia sobie to powoli. Świadomość wkrada się do jego myśli jak nieproszony gość, burząc spokój jak domek z kart rozwijany na wietrze. Rozszalałe serce zostaje pochłonięte przez ciemność. Ma wrażenie, że śmierć zabiera go do siebie. Wiąże w niewidzialne, silne sploty, od których nie ma żadnej ucieczki.
Przecież to Himuro wciągnął go w koszykówkę. Himuro nauczył go czerpać radość z gry. Himuro pokazał mu, co to znaczy przegrana. Himuro nadał jego życiu sens. Himuro…Nikt inny... Tylko Himuro…
Z jego gardła wydobywa się śmiech pozbawiony radości. Traci zmysły. Zatraca się. Gubi siebie. Zachowuje się jak osoba, która bez zgodny lekarza opuściła szpital psychiatryczny.
— Tatsuya….
Wyciąga dłoń przed siebie, zaciskając ręce na pustce.
— Tatsuya… ja…
…I don’t care…
— Ja…
…I don’t care what you think…
Nie potrafi się wysłowić. Zaciska dłoń na obrończe i szarpie za nią mocno, czując jak fałszywe srebro wżyna się w skórę, nagradzając go kolejną porcją nieprzyjemnego bólu.
— Tatsuya… ty…
Te słowa nie mają już żadnego znaczenia. Himuro wtopił się w tłum ludzi wychodzących ze stadionu.
Taiga siada na ławce i chowa twarz w dłoniach. Mimo wygranej, ma wrażenie, że przegrał.
Tatsuya… ty… nigdy nie byłeś dla mnie tylko bratem.
Prawda wtapia się w jego zmysły. Nie chce już nic czuć. Życie bez Himuro nie istnieje.
_______________________
Tak bardzo zjebałam. Soraski. Pisane przy „I don’t care”, Fall out boy.

17 lutego 2014

Pobrzask

      *facepalm* sumimasen, sumimasen, sumimasen

„Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.” —  Joseph Conrad

 { muzyka }


3. Deklaracja
— Atsushi.
Bez zaproszenia zajmuje miejsce obok, trącając go delikatnie łokciem; rozmarzony Atsushi wygląda jak wielkie dziecko. Jest naprawdę rozkoszny.
— Hm…?
Murasakibara patrzy na niego pytające, starając się przeżuć jak najszybciej tabliczkę czekolady, którą w całości włożył sobie do ust.  
— Jesteś cały brudny.
Atsushi wie, że oczy wszystkich są zwrócone w ich strony, ale o dziwo wcale mu tu nie przeszkadza. Ma wrażenie, że od kiedy na horyzoncie pojawił się Himuro wszystkie jego problemy zniknęły jak ręką odjął.
Nie ma pojęcia, kiedy usta Tatsuyi lądują na jego własnych, ale jest to przyjemne uczucie. Wargi  bruneta smakują jak deklaracja. Murasakibara nie ma żadnych wątpliwości. Chce z nim zostać. Zostać już na zawsze

Jest na granicy szaleństwa. Nie może swobodnie oddychać. Powietrze wypuszczane do płuc kuje jak setki niewidzialnych sztyletów. Przyciska drżącymi dłońmi brzeg szklanki do ust i krztusi się szkarłatnym płynem, wypluwając wszystko z powrotem do naczynia. Przełyka głośno ślinę, czując na swoim karku coraz bardziej zniecierpliwione spojrzenie.
— Powiedział, że zabił człowieka.
Jego głos nadal jest roztrzęsiony, nie może się uspokoić. Nie rozumie też, dlaczego przyszedł akurat do niego, ale z nikim innym, nawet z Taigą, nie jest w stanie zamienić chociażby słowa; ma wrażenie, że za chwile wybuchnie płaczem, ale stara się za wszelką cenę kontrolować swoje uczucia. Łzy doprowadzą tylko do kolejnych nieszczęść — nie chce dać swojemu rozmówcy satysfakcji. 
— Ach, cały Atsushi — stwierdza po chwili mężczyzna. Karmazynowe oko błyszczy niebezpiecznie; Himuro nie zadaje pytań, bo wie, że to nie ma najmniejszego sensu, najprawdopodobniej nie doczeka się odpowiedzi. Uzbraja się w cierpliwość, zaciskając kurczowo dłoń na skórzanym obiciu fotela. Zapada niewygodna cisza.
Akashi zabiera do ręki szklaneczkę Cutty Sark i obserwuje ją z uwagą, jakby była największą atrakcją w jego prywatnym muzeum; Seijūrō lubi kolekcjonować wartościowe przedmioty, w jego domu aż roi się od skarbów i najprawdziwszych dzieł sztuki, za które koneserzy mogliby oddać nawet życia. Chroni je przed pożądliwymi spojrzeniami — Himuro nie przypomina sobie, aby mężczyzna zaprosił kogokolwiek do swojej oazy spokoju.
— Nie sądziłem, że jeszcze się tym przejmuje. — Akashi potrząsa lodem w naczyniu, jego głos jest przesiąknięty aż po brzegi nostalgią. Tatsuya tak wiele razy przebywał z tym mężczyzną sam na sam w jednym pomieszczaniu, że potrafi bezbłędnie zidentyfikować jego uczucia, wnikliwie przyglądając się prawie niewidocznym zmianą na jego twarzy. Jest górą; czerwonowłosy nie zdaje sobie nawet sprawy, że jego broni z dnia na dzień coraz bardziej się tępi; wyuczona do perfekcji maska powoli rozpada się na kawałeczki.   
— Co masz na myśli? — pyta nagle Himuro za nim gryzie się w język. Usta imperatora wykrzywiają się w grymasie zadowolenia; Tatsuyę ogarnia prawdziwa ulga. Akashi zawsze oczekuje od niego dwóch rzeczy — niepewności i strachu. Nie jest już w stanie produkować żadnego z tych uczuć w jego obecności, ale umie udawać. Nie może narzekać na brak umiejętności aktorskich, zawsze wybawiają go z poważnych opresji, a wizyty u mężczyzny z pewnością zaliczając się do takowych.  
— Stara historia. — Głos Seijūrō jest spokojny i opanowany, ale jego oczy błyszczą niezdrową ekscytacją. Zazwyczaj emanuje niesamowitą siłą, dlatego Himuro przeważnie nie potrafi powiedzieć „nie” i akceptuje wszystkie jego zachcianki. Dziś jest całkiem inaczej, Tatsuya czuje to w kościach. Dzień pachnie zmianami  — na gorsze czy lepsze, nie ma zielonego pojęcia, ale z pewnością diametralne.
— Zamieniam się w słuch — zapewnia bez krępacji, nachylając się delikatnie w stronę chodzącego utrapienia. Jest pewny jednej rzeczy — imperator ma dwie osobowości i czasem nieświadomie pozwala tej drugiej zdominować. Himuro nie raz i nie dwa doświadcza jego dobroci na własnej skórze; nie może zapomnieć, gdy podczas przeziębienia Akashi poczęstował go aspiryną i naparzył naprawdę skutecznych ziół, które natychmiast postawiły go na nogi.  
Seijūrō bez dłuższą chwilę nie wydaje z siebie żadnych dźwięków, nawet zatrzymuje swój oddech, aby po chwili załapać w bolesny, lodowaty uścisk śmierci szyję bruneta. Wykrzywia usta w psychodelicznym uśmiechu, oblizując lubieżnie górną wargę.
— Płacz dla mnie, Tatsuya, płacz tylko dla mnie — szepcze mu cicho do ucha, gryząc jego płatek.
Ręce imperatora są pozbawione delikatności, ale Tatsuya nie czuje już w nim ani grama agresywnych pobudek. Jego skóra jest przyzwyczajona do nieprzyjemnych w dotyku dłoni; zamyka na chwilę oczy, aby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia — Akashi zachowuje się tak, jakby w każdej chwili mógłby się rozpłakać z bezsilności. W jego oczach nie ma dawnego szaleństwa, jest tylko niewymowna prośba o ratunek. Himuro nigdy nie należał do ludzi specjalnie empatycznych, nie był także żadnym wróżbitą i wieszczem, ale nie musi zadawać już żadnych pytań, rozumie dramat rozgrywający się w głowie imperatora bez słów.
— Zmieniłem zdanie — mówi na wydechu prosto w jego rozwarte usta. — Twoje traumatyczne przeżycia nie mają dla mnie żadnej wartości.
— Zamilcz — grozi Akashi, wykręcając jego głowę pod dziwnym kątem — proszę — dodaje, aby zachować przed nim twarz; angażowanie się zawsze było złe, dlatego opanował manipulacje ludźmi do perfekcji.
Zgrzyta zębami ze złości, gdy Himuro wbija skostniałe place do jego policzków i uśmiecha się uprzejmie. Ma ochotę zmazać jego uśmieszek pięścią, ale powstrzymuje się od tego resztkami siły, przemoc w tym wypadku nie jest dobrym posunięciem.
— Nie musisz się tym przejmować — zapewnia Tatsuya, unosząc sugestywnie brew, jakby z niego drwił. — Zawsze lubiłem udręczone przez życie postacie. Dlatego ciebie też polubię. Z pewnością — deklaruj z półuśmiechem błąkającym się bladych ustach. Na twarzy Akahiego pojawia się niesamowita ekspresja — wykrzywia usta w grymasie zakrwawiającym o zdziwienie, a na jego policzka wytwarzają się delikatne, czerwone wypieki, kontrastujące z jego włosami. W tym momencie wygląda tak awangardowo, że Himuro żałuje, że nie zabrał aparatu.
— Jesteś moim… — syczy przez zaciśnięte zęby, ale Tatsuya popisuje się swoim refleksem; całuje jego słowa, odkrywając w sobie nowe pokłady namiętności. Ujmuje z nietypową dla siebie delikatnością twarz imperatora i wsuwa język między białe zęby, korzystając z faktu, że usta manipulanta nadal są rozwarte. Mimo że już dawno nie są dziećmi, nie chce, aby Seijūrō tworzył kolejne, piękne kłamstwo; dawno przestał być jego chłopcem na posyłki.
— Auć, to bolało — krzywi się, gdy imperator gryzie jego język aż do krwi i odsuwa się na bezpieczną odległość, korzystając z okazji, że Tatsuya nadal walczy z piekącym narządem mowy. 
Himuro Tatsuya miał posłużyć jako niezbędny eksperyment, miał pełnić rolę kolejnej marionetki, którą Akashi pociągał umiejętności za sznurki. Koniec końców miał zniknąć z powierzchni ziemi, aby Seijūrō mógł dowoli pocieszać skonfundowanego Atsushiego i uczynić z niego swój przedmiot, niezbędny do przejęcia władzy nad Tokio. Jego plan spalił na panewce, pierwszy raz tak bardzo przejechał się na swoich przypuszczeniach i spekulacjach.
Jest TYLKO człowiekiem, nie posiada boskiej ręki, natura nie obdarzyła go paranormalnymi zdolnościami, dlatego nie może ingerować w sprawy całego świata. Uświadamia sobie to powoli przy każdej nowej, zapowiedzianej wizycie Himuro, który w niewyjaśniony sposób odkrywa przed nim tą tajemnice kawałek po kawałek, burząc wysoki mur, odgradzający go szczelnie przed całym światem. Pierwszy raz jest tak bardzo niezadowolony z kontraktu, który z kimkolwiek zawarł.
Pluje sobie w brodę za każdym razem, kiedy Tatsuya wspomina co ciekawsze epizody z jego współżycia z Murasakibarą. Te elementy stają się nieodłącznym celem jego wizyt i psują harmonię, którą czerwonowłosy sam sobie narzucił, wysyłając jego dobre samopoczucie daleko świat i rozbudzając w nim dodatkową tonę agresji.   
— Co mam teraz zrobić? — Himuro jest poważny jak nigdy; patrzy i podtrzymuje kontakt wzrokowy nawet wtedy, gdy imperator mruży niebezpiecznie oczy i rani swoje podniebienie brzydkimi słowami.
— Cokolwiek zrobisz, nie spuszczę cię z oczu — zapewnia mężczyzna, świdrując go niebezpiecznie błyszczącymi oczami; jego spojrzenie pełni funkcje rentgena. Himuro  ma wrażenie, że Seijūrō jest w stanie prześwietlić wszystko na wylot — ściany, ulicę, serce i umysł. Jest naprawdę niebezpieczny, ale mimo wszystko Tatsuya nie może się nie roześmiać. Wybucha niekontrolowanym śmiechem.
Akashi unosi brwi. Pierwszy raz szuka odpowiedzi. Ten żart posuwa się stanowczo za daleko. Nie może przyjąć do wiadomości tego, że nie jest nikim wyjątkowym, nie należy do grupy jednostek wybitnych — tak naprawdę, oprócz zadawania innym niesamowitego cierpienia, niczego w życiu nie osiągnął, raniąc samego siebie jeszcze bardziej.  
— Let this be our sweet secret— odpowiada tajemniczo Tatsuya z perfekcyjnym amerykańskim akcentem, uśmiechając się z rozbawieniem.
Echo jego słów odbija się od pustych ścian. Akashi nie może wykrztusić z siebie nawet pojedynczego słowa, czuje bezgraniczne rozczarowanie — zachowanie jego zwierzątka świadczy o tym, że nie będzie ostatnim świadkiem zagłady świata. Wyrzuty sumienia pojawią się jakby zniknął. Obrazy z życia przemykają przed jego oczami jak niekompletna taśma filmowa. Pamięta dokładnie każdą swoją ofiarę — jej imię, wygląd i sposób, w jaki ją wykończył; to świadomość go pochłania. Zakrywa twarz w dłoniach, poplamionych zastygłymi kroplami krwi, których nie jest w stanie wymazać ze swojego ciała, mimo wielorakich prób nawet piekący chlor nie mógł się pozbyć charakterystycznego, metalicznego zapachu. Śmieje się histerycznie, jak stały bywalec szpitala psychiatrycznego.  
Minuty mijają szybko. Jedna. Druga. Trzecia. Czwarta. Światło gaśnie, jego serce pogrąża się w ciemności. Już na zawsze.
Upada bezsilny na lodowe kafelki i uśmiecha się krwawiącymi wargami. Ma powód do dumy. Wyhodował demona własnymi rękami i po wielu latach poszukiwań, odkrył swoją prawdziwą tożsamość — jest AŻ człowiekiem, zdolnym do odczuwania ludzkich emocji i bólu.  
— Wybacz, Seijūrō — mówi cicho Himuro, ledwo poruszając wargami. Waha się przez chwilę. Powód jest prosty — przynajmniej jeden procent powierzchni jego serca należy do imperatora.
— Goodbye my lover — żegna się przez zaciśnięte zęby. Oczy szklą się od łez. Nie bez powodu hoduje sobie w sercu miejsce dla Akashiego — być może w odległej przyszłości będzie wstanie go pokochać i pożegnać ze zrozumieniem.
Nie czuje do niego żadnych negatywnych emocji. Zyskuje dzięki niemu jeden niezaprzeczalny dowód swojego istnienia — Murasakibarę Atsushiego.


*

Himuro w akompaniamencie własnych jęków, upada bezsilny na dwuosobowe łóżko w małym, źle oświetlonym pokoju.
— P-przestań — syczy przez zaciśnięte zęby, mając wrażenie, że za chwilę się rozklei. Zaciska drżące dłonie na pościeli, starając się nie myśleć o nieprzyjemny, szorstkim dotyku Atsushiego, który rozrywa mu skórę kawałek po kawałku.
Nie ma bladego pojęcia, skąd w nim tyle agresji i nie chce wiedzieć. Zaciska mocny zęby, aby nie wrzasnąć, gdy Murasakibara rozchyla brutalnie blade nogi i wchodzi w niego bez żadnego przygotowania, zaciskając aż do krwi długie paznokcie na biodrach Himuro. 
Tatsuya jeszcze przez chwilę próbuje walczyć; wierzga nogami, przemawia mu do rozsądku, ale żadne słowa do niego nie docierają. W zamian za to, jak w amoku rzuca głową bruneta o ścianę i zagryza zęby na jego dolnej wardze, napierając coraz bardziej natarczywie na prostatę.
Tatsuya krzyczy. Drze się na całe gardło. Najpierw po japońsku, a potem, zapominając, że Atsushi nie lubi niczego, co jest związane z krajem, w którym się wychował, po angielsku; całkowicie zapomina, że ściany mieszkania są cienkie i sąsiedzi usłyszą, to nie ma najmniejszego znaczenia. Zbyt zaoferowany własną agonią nie jest w stanie myśleć o niczym. Nieświadomie traci czucie w nogach, rękach i w całym ciele. Jest zdany tylko na swojego partnera, który pieprzy go z taką siłą, o którą by go nawet nie podejrzewał.
Resztę pamięta jak przez mgłę, chociaż wolałby wyrzucić to wydarzenie z głowy i skoncentrować się na ucieczce z tego dusznego pomieszczenia owijanego smrodem krwi i spermy. Pamięta iskry szaleństwa głęboko zakorzenione w fiołkowych oczach Atsushiego, jego pozbawiony radości chichot, niedbałe słowa, że po bólu zawsze pojawia się  przyjemność. To stwierdzenie rani go do żywego — Murasakibara obrócił jego własne libretto przeciwko niemu.
Dopiero o trzeciej nad ranem Mukkun daje sobie spokój. Upada wyczerpany i zgarnia do siebie obwisłe, wycieńczone ciało kochanka, składając na jego ustach mokry, wyprany ze wszystkich uczuć pocałunek. Wypuszcza go po chwili na poduszkę i odwraca się do niego plecami, zamykając oczy. Nie jest w stanie przekazać swoich uczuć w inny sposób. Wie o tym dobrze, ale z jakiegoś powodu nie może powstrzymać łez, które natarczywie pojawiają się pod powiekami.
Ukrywa twarz w poduszce. Podarował mu wszystko — swoją dusze i ciało, powierzył mu wszystko — swój smutek i ból, swoje życie i przyszłość, oddał mu wszystko — swoje marzenia i uśmiech, dzielił z nim wszystko — sny, kuchnie, łazienkę i łóżko, całował jego usta i dotykał jego policzków. Był dla niego zawsze — w deszczowe noce i jasne poranki nie puszczał jego dłoni.  Widział go w każdej sytuacji — gdy spał, gdy się śmiał, gdy płakał, gdy kłamał i gdy żałował. Znał go na pamięć — jego lęki i fobie, to w jaki sposób przygryzał wargę, gdy myślał o czymś intensywnie i to w jaki sposób kłamał, że wszystko jest dobrze. Mógł być dla niego wszystkim — pociechą w życiu, lekarstwem na chorobę i całym życiem.
Ale teraz ma wrażenie, że przed nimi nie było już nic, żadnych perspektyw, żadnych obietnic i deklaracji. Jest sam pośrodku tłumu. Sam jak palec. Ich związek zakończył się szybciej niż się zaczął.
— Wszystko w porządku? — Zaciska dłonie w pięść; troska w głosie Himuro rani jak nóż wbity w prosto w zaślepione serce.
Tatsuya ociera rąbkiem pościeli łzy z policzków, nie mogąc oderwać wzroku od Murasakibary odwróconego do niego plecami. Muska opuszkami palców linie jego kręgosłupa i wzdycha ciężko, gdy Atsushi nie poruszył się nawet odrobinkę.
Naprawdę tak mocno go rozczarował? Naprawdę zawiódł go aż tak bardzo?
Czeka chwile na odpowiedzi, ale po chwili, zniecierpliwiony, wyswobadza się z pościeli, uświadamiając sobie, że odbył właśnie najsmutniejszych seks w swoim życiu. Narzuca na nagie ramiona podkoszulek Atsushiego, który prezentuje się na nim jak worek ziemniaków i udaje się do kuchni, chcąc poratować się kawą, którą ukrywa przed czujnym okiem Murasakibary w poluzowanej desce w kredensie.
Słowa nie mają już żadnej magii, nie są w stanie naprawić ich zepsutych relacji, mogą jedynie czekać na wspólne przebaczenie.  

*

— Atsushi.
Himuro nie może już uśmiechać się tak jak dawniej. Interesuje się plamami na ścianie, aby nie złapać kontaktu wzrokowego z purpurową parom oczu. Nie zniósłby tego. Ma wrażenie, że to rozbiłoby go na milion kawałków. Nadal pamięta iskry szaleństwa i wściekłości, które przeniknęły do źrenic kochanka.
— Nigdy więcej tutaj nie przyjdę — mówi w końcu, dbając o to, aby głos mu się nie złamał; jakiekolwiek tłumaczenie nie ma już żadnego sensu. Wszystko co powie zabrzmi jak najprawdziwsze kłamstwo. 
— Nie musisz, Murochin — zapewnia po chwili Murasakibara, mieszając niewzruszony łyżką w rondelku.
— Co masz na myśli?
„Czyżby już dawno to zauważył?”, przymyka mu przez myśli, „Czyżbyś zauważył, że jestem tylko człowiekiem, Atsushi?”
— Dziś już nikt nie wyjdzie z tego mieszkania, Murochin, nikt z niego nie wyjdzie — zapewnia Atsushi i uśmiecha się promienie; ten uśmiech nie pasuje do jego flegmatycznej postawy. Wygląda komicznie.
— Przywiążesz mnie do łóżka? — pyta z udawanym rozbawieniem Himuro.
Popija poranną kawę i stara się skupić na krótkim artykule o zwłokach mężczyzny, znalezionych nad ranem w jego mieszkaniu. Bezapelacyjnie jest to morderstwo z premedytacją, ale o dziwo ani dozorca, ani tym bardziej  kamery nie zarejestrowały żadnego nieproszonego gościa, ba, nikt od wielu lat nie nachodził właściciela mieszkania w jego dobytku. Tatsuya mimowolnie się uśmiecha, przełykając łyk swojego życiodajnego napoju. Za jego zdrowie.
Murasakibara podchodzi do niego i opiera podbródek na odsłoniętym obojczyku, zerkając przez jego ramię.  
— Ararara, zabiłeś go, prawda? — pyta z nietypowym spokojem, przyciskając usta do skroni kochanka.
— Chciałem, abyś znów mi zaufał, Atsushi — odpowiada spokojnie na jego pytanie.
„Czybyś przewidział moje zachowanie? Czyżbyś tak naprawdę sam tym wszystkim pokierował? Chciałeś, żebym go zabił, tak jak ty zrobiłeś to w gimnazjum?”, myśli Himuro krążą tylko wokół tych przypuszczeń, ale nie chce się nimi dzielić na głos. Powód jest prosty — ból, który zakorzenił się w Atsushim, nadal w nim tkwił — niewyraźny, niemalże niewidoczny, ale nadal obecny. Nie chce znów powoływać go do życia.
— Nie ma takiej potrzeby, Murochin — zapewnia Mukkun, przykładając do szyi swojego ukochanego ostry, połyskując w sztucznym świetle kuchennej lampy nóż. — W takim sposób będziemy razem. Będziemy razem już na zawsze. 
 Akashi Seijūrō nie żyje; największe zagrożenie ich związku już nie istniało i tylko to się teraz liczyło.

*

Nad znienawidzonym przez Atsushiego Tokio zachodzi właśnie chłodne, jesienne słońce i znika szybko za horyzontem. Granica między dniem a nocą się zaciera. Brzask zostaje zagłuszony przez hardy ciemności nacierające ze wszystkich czterech stron.
Himuro uśmiecha się krzywo — pamięć o czasach, w których był szczęśliwy z Murasakibarą nawet teraz ogrzewają delikatnie jego serce, emituje od nich niesamowita, niezaprzeczalna siła, która jest w stanie przytłoczyć jego zepsute myśli. Przytula do siebie jego zimne ciało i całuje w wielkie czoło, zgarniając kilka zabłąkanych purpurowych kosmyków za ucha.
Poszarpane serce Murasakibary kaleczy jak szkło, ale Tatsuya mimowolnie się uśmiecha, dotykając wskazującym palcem zmarzniętego policzka chłopaka. Jego oczy nadal krzyczą z całych sił „nadal tu jestem!”, nawet jeśli został uwięziony przez ból; Himuro cieszy się, że mógł być świadkiem jego wskrzeszenia.
— Gdybyś wiedział jak się kocha, Atsushi, potrafiłbyś się uśmiechać? — Trzymając jego dłoń w lekkim uścisku ma wrażenie, że nie jest aż tak źle jak myślał; może jeszcze nie jest za późno, aby wszystko połatać i naprawić.
Pobrzask księżyca wypełnia pokój. Himuro nie oczekuje od niego żadnych słów. Po prostu nie chce, aby był dużej sam. Chce zabrać go z tego miejsca. Z miejsca, w którym nie było nigdy żadnej miłości.
Koniec.
___________________
*chowa się pod biurko* Dziękuję każdemu, kto został z tym opowiadaniem do końca. Zjebałam go, ale i tak go uwielbiam, bo MuraHimu, nieżyjący Akash i wszystko jasne ♥ I, co najważniejsze, udało mi się go ukończyć zgodnie obietnicą — do końca ferii.
Wow. Pierwszy raz zdarza mi się dotrzymać ustalonego terminu. Wow. Tak bardzo się cieszę. xD Chcę trochę nadrobić fandomem DnA, dlatego póki co Kuros idzie w odstawkę, chyba, że Yoseny mnie zainspirują ^____________________^
Zapraszam na mojego nowego blogaska, „Ze szkła”; gejoza w realiach Harry'ego Pottera, głownie JamReg ♥, ale też Barty x Evan i luźne nawiązanie do Syriusz x James, Barty x Regulus i broromance Syriusz x Regulus. Myślałam też nad Syriusz x Severus, ale chyba nie dam rady poprowadzić Snape'a, za ciężki kawałek chleba ^^' Niedługo pojawi się tam pierwszy rozdziałek. xd Pozdrawianka ;*

12 lutego 2014

Źródło agresji


Ta-dam! Po wielu próbach i dziwnych zabiegach, mogę w końcu powiedzieć — napisałam.
Dla Black ♥ 


Haizaki Shōgo był leniem patentowanym, toteż nigdy nie trzymała się go na stałe żadna konkretna robota; preferował zasadę „minimum wysiłku, maksimum przyjemności” i oznaczał się naprawdę słomianym zapałem, dlatego przez całe dotychczasowe życie robił wszystko tak, aby nie zarobić się po łokcie i czerpać z tego jak najwięcej satysfakcji. Do drużyny koszykarskiej zaciągnął się tylko, dlatego, że w Teikou każdy uczeń był zobowiązany dołączyć do jakiegoś klubu, a więc o wszystkim zadecydowała metoda na chybił trafił.
Musiał z przykrością przyznać, że to była jedna z najgorszych decyzji w jego szesnastoletnim życiu; pierwszy raz na własnej skórze posmakował czyjeś pięści, czasem nie mógł patrzeć na swojego kapitana bez niepokojących odruchów wymiotnych, które uaktywniały się zwłaszcza wtedy, gdy ze stoickim spokojem nakładał na Shōgo kilka dodatkowych kółek w ramach kary, za to, że zbagatelizował kolejny mecz podrząd, wymigując się wyimaginowanym choróbskiem. Nie miał żadnych wątpliwości, że „s” w jego imieniu pochodziło od słowa „sadysta”. 
Ale skoro Nijimura był urodzonym sadystą, to Haizaki z pewnością posiadał coś z masochisty; ciągnęło go do niego jak osę do miodu, nie potrafił mu odmówić, w jego obecności miał trudności z wysławieniem się, na każde jego wezwania reagował tak samo — biegł do niego z zawieszonym językiem; nie potrafił powiedzieć pieprzonego „nie!”, ulegając mu za każdym razem. Shōgo nie marzył o niczym tak mocno, jak o utarciu mu nosa. Niemniej jednak, gdyby wykonał jakikolwiek konkretny ruch w tę stronę, nie miał żadnych złudzeń, Shūzō z wyczuciem stalkera dowiedziałby się o jego dominacyjnym planie i rozszarpałby go na strzępy za nim Haizaki miałby szanse chociażby otworzyć usta; Nijimura zdecydowanie miał za dużo kabli porozstawianych po mieście, aby cokolwiek się przed nim ukryło.
Ale teraz, zerkając z przerażeniem przez ramię i wciskając przemarznięte dłonie do kieszeni, miał o wiele poważniejsze zmartwienie na głowie. Szlajanie się po mieście ze szlugiem w ustach nigdy nie sprawiało mu takiej trudności, jak skorzystanie z usług biblioteki, którą odwiedzał tylko wtedy, kiedy wsiała nad nim perspektywa powtarzania klasy. Lustrując swoimi dzikim, specyficznym spojrzeniem gmach publicznego księgozbioru, wypuścił powietrze z płuc, które pod wpływem zimna natychmiast zmieniło się w parę. W głowie układał arsenał pytań, które adresował w stronę swojego chłopaka, chociaż ciężko było go tak nazwać; nie ustali w jakich są relacjach, ich związek nosił za sobą pewne ryzyko, był po prostu skomplikowany i tylko diabli wiedzieli, w którym kierunku zmierzał. Sam Shōgo nie miał bladego pojęcia, czy żywi do Nijimury jakiekolwiek uczucia wyższe, spotykali się kiedy było im to na rękę i właściwie zawsze przechodzili szybko do konkretów bez owijania w bawełnę; Haizaki nawet nie pamiętał, czy kiedykolwiek wybrali się na randkę z prawdziwego zdarzenia bez niepotrzebnej szarpaniny i nic nie przychodziło mu do głowy.
Rzucił ostatnie ukradkowe spojrzenie na drugi koniec ulicy i upewniając się, że w pobliżu nie ma nikogo znajomego, wszedł pośpiesznie do środka, koncentrując na sobie uwagę podręcznikowych kujonów, których o tej godzinie było tu jak na lekarstwo.  
Kurwa! Kurwa! Kurwa! Za jakie grzechy! Miał nieodpartą ochotę strzelić focha z przytupem; była dziewiąta rano, o tej godzinie powinien jeszcze przytulać poduszkę i udawać, że nie ma życia, a nie zasuwać kilka kilometrów pieszo, aby uniknąć porannych, tradycyjnych korków na tokijskich ulicach.
Rozglądał się zdezorientowany dookoła, klnąc zamaszyście pod nosem; Nijimura nic nie robił przypadkiem i specjalnie wybrał akurat to miejsce ich spotkania, nie miał żadnych wątpliwości. Gdy w końcu upolował go wzrokiem przy jednym ze stolików, miał wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu podniosła się przynajmniej o dziesięć stopni Celsjusza. Rozpiął szybko kurtkę i rozluźnił szalik, który szczelnie chronił jego chudą szyję przed mrozem. Właściwie widział tylko czubek czarnej czupryny, ale to wystarczało; żaden normalny szanujący się obywatel nie nosił szalika w pieprzonym kolorze tęczy. To było takie adekwatne do jego nazwiska, że aż na samą myśli Haizakiego zabolała głowa. 
— Potrzebujesz czegoś? — Podskoczył i złapał się kurczowo za mocno bijące serce, gdy obok niego zmaterializowała się jakby znikąd kobieta grubo po pięćdziesiątce; nie miał żadnych wątpliwości, że tylko sekundy wyratowały go przed zaliczeniem zgonu; zawał mógłby być ostatnim gwoździem do trumny.
— Nie obraziłbym się, gdyby ktoś uchylił okno — odpowiedział po chwili, zgadując, że stanął oko w oko z lokalną bibliotekarką; słyszał pogłoski, że była chodzącym zagrożeniem, dla każdego, kto ośmielił się potraktować książkę z przysłowiowego buta. — Tu nie ma czym dychać, do cholery — dodał, ignorując jej kazanie na temat błędów wychowawczych; nie miał powodu, aby słuchać jej narzekania na uczniów, którzy nie doceniają prawdziwego piękna płynącego od słów; Haizaki był doskonałym przykładem — od dawna wolał film od lektur szkolnych.
Po chwili namysłu wyminął ją szybko, postanawiając dołączyć do swojego „ukochanego” senpaia. Miał naprawdę wielkie szczęście, że Shūzō, zbyt pochłonięty zakuwaniem do egzaminów wstępnych na uczelnie, nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi.
Przyglądał mu się w milczeniu przez dłuższą chwilę mrużąc oczy. Nijimura był leworęczny. Jego palce był długie i smukłe, z zadbanymi, wypolerowanymi na błysk paznokciami. Pisząc, skręcał chaotycznie nadgarstek, zapełniając papier pełnymi znakami, stawianymi w wyraźnym pośpiechu. Od czasu do czasu zaczesywał zabłąkany kosmyk za małe, niemalże białe ucho, mamrocząc coś pod nosem, albo drapał się w zamyśleniu po policzku, zerkając na zegarek na prawym nadgarstku, robił przy tym taką minę, jakby miał ochotę kogoś zamordować gołymi rękami.
— Czołem, Niji — przywitał się krótko, uświadamiając sobie, że to już ta godzina i wykrzywił usta w lekkim grymasie, gdy kilka kropel wody z jego szarych włosów skapnęło na kartkę A4, rozmazując tusz. Haizaki nawet nie musiał zagadywać do kogo należała drobna, zgrabna kaligrafia. Nic, tylko pozazdrościć własnemu pechowi.  
— Przepraszam — wybełkotał skruszony, opierając się asekuracyjnie plecami o blat sąsiadującego stolika; nie raz i nie dwa został z liścia od mężczyzny, więc wolał nie ryzykować utraty jedynek, koniec końców wizyta w szpitalu również mu się nie uśmiechała. Wbił przerażone spojrzenie w sylwetkę mężczyzny, który zacisnął ze złości rękę w pięść. 
— Musisz mnie wkurwiać nawet na „dzień dobry”, Haizaki? — zapytał Njimura z udawaną uprzejmością, chociaż tak naprawdę aż się w nim gotowało; mimo że zazwyczaj uchodził za oazę spokoju, z niewyjaśnionych powodów szkolny chuligan zawsze działał na niego jak płachta na byka.
— Sam kazałeś mi tu przyjść — poskarżył się Shōgo, ale po chwili pożałował, że w ogóle się odezwał. Przełknął głośno ślinę, czekając na najgorsze.
Shūzō zgromił go karcącym spojrzeniem i westchnął głęboko na widok skruszonej miny; nie miał najmniejszego zamiaru puścić mu płazem tego, że postanowił z premedytacją suszyć swoje nieuczesane kłaki nad jego zadaniem domowym; na stanowczo za dużo sobie pozwolił.
— Twoje piękne oczęta w niczym ci nie pomogą, Shou, tym razem nie ma żadnego zmiłuj się — zagwarantował po chwili z jadem w głosie; musiał przyznać, że popielate oczy Haizakiego nie raz poratowały właściciela z opresji, ale teraz zamierzał wyciągnąć z jego bezmyślnych prób zwrócenia na siebie uwagi radykalne konsekwencje.
— Chciałbym, abyś to jeszcze przemyślał –  odparł pośpiesznie pierwszoklasista, gdy Nijimura stanął leniwie ze swojego miejsca i zbliżył się do na niebezpieczną odległość; pespektywa złamanego nosa nie była kuszącą opcją, nawet dla Shōgo, który miewał dwa razy gorsze obrażenia po wszczynaniu awantur na prawo i lewo.
— A w zęby byś nie chciał? — zapytał rozbawiony Nijimura, dostrzegając, że oczy Haizakiego zaczynają powoli szklić się od łez. 
— Wolałbym buzi — wyskamlał przez zaciśnięty zęby Shōgo;  problem tkwił w tym, że Shūzō jak na złość w jego towarzystwie bardzo często zapominał o całym świecie i upodobniał się do wulkanu podczas erupcji; w każdej chwili mógł wybuchnąć i spalić go żywcem. 
— Masz naprawdę niewyparzony jęzor. — Zaśmiał się mężczyzna, oblizując lubieżnie usta czubkiem języka; złapał go za szalik i przyciągnął do siebie, tak, że stykali się nosami; teraz mógł policzyć każdy blady, ledwo zauważalny pieg, rozsypany po policzkach chłopaka.
— Niji, tu są ludzie, do kurwy nędzy. —  Haizaki próbował się ratować jak tylko mógł, zaciskając dłonie na blacie stolika, ale Nijimura zawsze był odporny na podobną argumentację, nie szczędząc swojemu kohaiowi wstydu na każdym kroku.
— Serio? — zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oczach. — Jakoś mi to umknęło. — Otarł wargi o spierzchnięte odpowiedniczki Shou. — Mógłbyś z łaski swojej zainwestować w błyszczyk — wyszeptał mu prosto w usta; czasem dla odmiany chciałby podotykać miękkich i ponętnych usteczek, ale jak na złość Haizaki w ogóle o nie nie dbał.  
— A co? Ja pedał jakiś, żeby szminkować usta? — zdenerwował się nie na żarty Shōgo, czerwieniejąc się po same uszy ze złości; nie lubił się obnosić otwarcie ze swoim uczuciami, więc zawsze na podobne zaczepki ze strony bruneta reagował zbyt impulsywnie, zapominając, że powinien przy nim maskować swoje uczucia, zwłaszcza przy nim. 
— Nie jakiś, tylko mój — sprostował szybko Nijimura z nieskrywaną dumą w głosie, zaciskając usta na dolnej wardze drużynowej maskotki; serce zamotało mu głośniej w piersi, gdy poczuł na karku chłodny oddech, ale — o dziwo — wcale mu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, w końcu Haizaki miał we krwi doprowadzanie go do skrajnych emocji.
— Nie pochlebiaj sobie — warknął buntowniczo.
— Powinieneś zawracać się do mnie z większym szacunkiem — zacmokał, udając niezadowolenie; nawet nie wiedział, kiedy złość przeobraziła się w najszczerszą radość.
— Wal się — wymamrotał Haizaki, spuszczając głowę z zażenowania, gdy jedna z żylastych dłoni senpaia zawędrowała do jego pośladków.
— Czyżbyś chciał postawić mu dziś swój tyłek? — zaciekawił się Nijimura; czuł w kościach, że przydałby mu się porządny seks w ramach reanimacji; nauka do białego rana nie należało do najzdrowszych czynności, oczy piekły go nie miłosiernie, nawet przez chwilę rozważał myśl o skonsultowanie się w ich sprawie z okulistą. [dop. bierz przykład z Niji Black ;p]
Uśmiechnął się złośliwie; reakcja kohaia była do przewidzenia — zarumienił się i wymamrotał pod nosem parę pogróżek, który brzmiały jak pijacki bełkot. 
— Nie mów, że nadal cię boli tyłek po ostatnim razie? — Zachichotał brunet.
— Jesteś chory z urojenia — wymamrotał Haizaki, ledwo poruszając ustami. 
— Mam rozumieć, że to był komplement, tak? — Nijimura uniósł brwi, nie spuszczając badawczego spojrzenia z twarzy swojego prywatnego szaleństwa.
— Mogę ci to nawet przepisać, ale nie dręcz mnie więcej – poprosił szybko Haizaki; nie miał zamiaru znosić jego kąśliwych uwag do końca dnia. 
   Nie, nie mógłbyś tego zrobić. Wierz mi.
Njimura musiałby być naprawdę na krańcu desperacji, aby wyrazić na to swoją zgodę. Powiedzieć Shou, że pisze jak kura pazurem to naprawdę nieporozumienie; jego hiragana nie był nawet w połowie tak piękna, jak ta, którą posługiwały się dzieci w podstawówce.
— Ale jak chcesz coś porobić, to z łaski swojej pozbądź się swojego seksownego szalika — zdecydował po chwili.
— Nie, kurwa, nie pozbędę się go — sprzeciwił się szybko Shōgo. — Chcę jeszcze pożyć.
Nie chciał spędzić całych ferii zimowych i witać nowy rok z katarem i wysoką gorączką. Po prostu nie i koniec kropka. Niech wybije sobie to z głowy.
— Tym bardziej powinieneś sobie go darować — upomniał go cierpliwie Nijimura, hodując na czole mało atrakcyjną zmarszczkę.
— W ogóle cię nie ogarniam.
— Shou, nie zmuszaj mnie do tego, abym musiał ci wszystko tłumaczyć, jak dinozaurowi w pierwszej fazie ewolucji — zagrzmiał trzecioklasista, nie kryjąc już tego, że jego nerwy właśnie przeżywały ciężką próbę.
— Nadal nie rozumiem, co szalik ma z nami wspólnego — brnął dzielnie szesnastolatek, wbijając spojrzenie w niebezpiecznie pulsującą żyłkę na skroni swojego chłopaka.
— Och, Shou, słyszałeś, że czerwień potęguję napady agresji?
— Nie przywiązuję wagi do kolorów — zaprzeczył do razu, chociaż miał wrażenie, że to było pytanie retoryczne.
— To lepiej zacznij, bo inaczej długo nie pociągniesz — zagroził Nijimura i zapieczętował swoją groźbą agresywnym pocałunkiem.
Musiał przyznać, że rumieńce na twarzy Hazakiego były wystarczającym wynagrodzeniem; nie miał już żadnych wątpliwości; był chory na jego punkcie.
________________________________________
Fabuły nie ma, ale jest macu-macu. Kanon tradycyjnie poszedł się jebać. ^ ^ ‘

11 lutego 2014

Zabaweczka



Makoto Hanamiya miał bardzo poważny problem, który przekład się stanowczo za szybko na jego zdrowie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Po raz pierwszy w swoim życiu nie mógł zaprzeczyć, że popełnił straszliwy błąd i obawiał się, że konsekwencje szturmem zapakują do jego drzwi, dlatego z szybkością błyskawicy wymigał się od towarzystwa swoich kolegów z drużyny z mocnym postanowieniem kuracji i przywrócenia swojego dawnego blasku, brutalnie odebranego z rąk pewnego beznadziejnego przypadku, który nawet nie był godzien tego, aby jego imię zapadało w pamięci ucznia Kirisaki Daiichi.
Rozejrzał się przez ramię i odetchnął z ulgą. Z niewiadomych przyczyn miał nawyk, aby omijać wszelkie jednostki ludzkie w promieniu kilometra, gdy targały nim sprzeczne emocje, ponieważ dzięki temu po prostu lepiej mu się myślało. A może czuł się wtedy o wiele bardziej na siłach, bo nie był promieniowany przez badawcze spojrzenia i zasypywany pytaniami „dobrze się czujesz?”?  Poczucie, że i tak nikt nie będzie go szukał, robiło swoje. Mógł nawet godzinami nie otwierać ust i konsumować ciszę z ulubioną powieścią w jednej ręce i z kubkiem mocnej kawy w drugiej. Teraz nie mógł dostać ani tego, ani tego, więc profilaktycznie postanowił zagospodarować sobie trochę czasu na wędrówkę po miejscu nienatchnionym przez życie.
Skręcił w kolejny zaułek i stanął jak wryty. Najprościej w świecie się pomylił, z góry składając, że na korytarzu pochłoniętym przez grubą warstwę ciszy, nie spotka nikogo. Zaklął niewerbalnie pod nosem, przyswajając sobie tę informację z wyjątkowym spokojem.
— Emujemy po kątach?
Hanamiya nie mógł się nie uśmiechnąć na widok skonfundowanego Imayoshiego pogrążonego w swoich rozterkach.
— Czyżby odjęło ci mowę? — zapytał z nietypową nutką dobroci w głosie i usiadł tuż obok, uważnie obserwując drążącego od emocji Shouichiego. Nie miał żadnej pewności, czy kapitan Touou go w ogóle słuchał, dlatego profilaktycznie uszczypnął go w policzek; na pewno nie będzie produkować się na próżno.
— Ach — westchnął ciężko okularnik i z niechęcią przeniósł wzrok z własnych rąk na dumnego z siebie Makoto. — To tylko ty — rzucił w ramach powitania, aby kohai nie mógł go oskarżyć o brak taktu.
Twarz Hanamiyi wykrzywiła się w okropnym uśmiechu.
— Tylko cudem nie umarłem z tęsknoty, a ty tak mnie witasz? — Z jego słów płynęła chora satysfakcja; czyżby właśnie wygrał życie?
Pierwszy raz od dawno poczuł, że może przewyższyć w dygresji senpaia, dlatego postanowił zaatakować jak najszybciej, dopóki bystry umysł Shouichiego nie przeanalizował swojej sytuacji.
— W takim razie nie przeszkadzam — odpowiedział po chwili Imayoshi, opierając beztrosko plecy o chłodną ścianę potraktowaną zieloną farbą. — Napawaj się moją zajebistością po cichu — upomniał go, poprawiając okulary na nosie i zerknął na szesnastolatka, nie zapominając o uśmiechu pełnym wyższości.
Przez twarz Makoto przeszedł nieprzyjemny grymas. Skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się kącikiem ust; zabawa dopiero się zaczynała, dlatego tym razem nie miał zamiaru opuścić gardy, aby na koniec pluć sobie w twarz.
— W formie jak zawsze — skomplementował krótko; nie chciał widzieć nigdy więcej Imayoshiego całego w skowronkach. Tym razem miał zamiar pławić się w swoim zwycięstwie.
— A dziękuję, nie narzekam — odpowiedział skromnie jego rozmówca i zdjął okulary, zamykając na chwilę oczy. 
— Na przegrywanie — odpowiedział złośliwie Makoto i uśmiechnął się wrednie pod nosem, czując na karku karcące spojrzenie.
Imayoshi zachichotał krótko i poczochrał zdziwionego do granic możliwości Hanamiyę po głowie; jego włosy nadal były miękkie i puszyste, dokładnie takie jak je zapamiętał.
— Przyganiał kocioł garnkowi — powiedział dopiero po chwili z niebezpiecznym błyskiem w oku, który sprawił, że Makoto od razu pożałował, że się odezwał. — Śledzisz mnie? — zapytał z wymanierowanym spokojem, obserwując z uprzejmym zainteresowaniem swojego kohaia; kompletnie nie przejmował się tym, że obraz przed jego oczami był trochę zamazany z powodu braku okularów na nosie, nawet bez nich widział dokładnie charakterystyczne, krzaczaste brwi i ciemnozielone oczy, traktujące go nienawistnym spojrzeniem. 
— Oczywiście – zapewnił Hanamiya, w między czasie, gdy Imayoshi założył na powrót okulary na swoje pierwotne miejsce. — Jestem twoim prywatnym stalkerem.
— Doprawdy? Nie powiem, to brzmi baaaardzo pociągająco — zaśmiał się w odpowiedzi, dopatrując się na jasnym policzku ledwo dostrzegalny, blady rumieniec. — Wystalkowałeś coś ciekawego?
— Żartowałem, baaaaka — odparował po chwili konsternacji Makoto. — Nie mam...
Imayoshi nie chciał wiedzieć, czego Hanamiya nie ma, bo skoro miał odwagę, aby zagadać do swojego byłego kapitana, który przechodził właśnie zaawansowany etap wkurwienia, musiał mieć po prostu nierówno pod kopułą. Przybliżył się do niego i przycisnął swoje usta do miękkich ust kohaia; rozmowy przy herbatce śmiało mogli zostawić sobie na jutro.
— Jesteśmy w miejscu publicznym — wysyczał Hanamiya i kopnął go w ramach upomnienia; nie przeżyłby, gdyby ktokolwiek z jego znajomych zobaczył go, jak obściskuje się z tym szczwanym lisem. 
— Wyobraź sobie, że toaleta też jest takim miejscem — wyszeptał mu wprost do ucha z lubieżnym uśmiechem na ustach.
Hanamiya zrobił się cały czerwony na twarzy; były tylko dwie opcje — albo Imayoshi jest chory psychicznie do tego stopnia, że żaden lekarz nie daje mu rady, albo dolega mu wszechobecne znudzenie i zabawia się w najlepsze, za każdym, który napatoczy się pod rękę. Makoto obstawiał entuzjastycznie opcje numer jeden, zakładając z góry, że osoby obdarzone nieprzeciętnym intelektem się po prostu nie nudzą.
— Co cię podkusiło, zjebie? — zapytał przez zaciśnięte zęby. Nie mógł uwierzyć, że kolejny raz zbagatelizował swojego przeciwnika, jego pajęczą sieć trafił szlag w zaledwie parę minut. To było po prostu nie do pomyślenia!
— Twoja zarumieniona mordka, kochanie — odpowiedział z rozbawieniem Shouichi
— Pieprz się.
— Z tobą? — Uniósł sugestywnie brew. To była dopiero myśl! — Bardzo chętnie. Powiedz tylko, gdzie, i jestem do twojej dyspozycji.
— Widzę, ze żarty ci się trzymają — sarknął cały rozgniewany.
— Przez całe życie — przyznał Imayoshi z jeszcze większym rozbawieniem.
— ...
Shouichi nie dal mu dość do słowa, z przyjemnością zacisnął zęby na jego dolnej wardze; Makoto nie miał nawet pojęcia, jaką sprawił mu radość, gdy odepchnął go z całej siły i odsunął się na bezpieczną odległości, aby ułatwić sobie dopływ świeżego powietrza.
— Tylko nie mów, że zapomniałeś, kochanie — powiedział Imayoshi z udawanym wyrzutem.
— Niby o czym?
Hanamiya jeszcze nigdy nie widział senpaia tak zadowolonego.
— Odpowiesz za złamanie mojego niewinnego serduszka, Hanamiya — zagroził, chwytając się teatralnie za miejsce, gdzie powinno znajdować się jego serce.
— Soraski — sarknął Makoto, zastanawiając się, czy to już ten moment, kiedy powinien biegnąć po pomoc medyczną, choć szczerze wątpił, że cokolwiek mogłoby pomóc gadającemu od rzeczy okularnikowi.  — Wskoczę po klei i posklejam cię go. Pasuje?
— Ohoho, co za poświęcenie. — Zacmokał z miną niewiniątka i zacisnął dłoń mocno na nadgarstku kohaia, przyciągając go do siebie.  — Wynagrodzę ci ten daremny wysiłek.
— Nie fatyguj się. Znam drogę do wyjścia — zapewnił szybko Hanamiya, próbując się wydostać spod wypływu swojego napalonego senpaia, ale Imayoshi nie dawał za wygraną; obiją go w pasie, sprawiając, że teraz niemalże stykali się nosami. Prawie na śmierć by zapomniał, że Shouichi nie posiadał serca.
  Tak tylko ci się wydaje — wyszeptał mu wprost do rozwartych ust i uśmiechnął się nad wyraz uprzejmie.
— Nie sądzę — bronił się Hanamiya, odchylając głowę maksymalnie do tyłu, aby przypomnieć sobie jak się oddycha, gdy poczuł chłodne ręce Imayoshiego na mięśniak brzucha.
— Nalegam. Powinieneś oszczędzać swój portfel.
— Nie widzę powodu.
— Och, ko-cha-nie — zaszczebiotał uroczyście Imayoshi, sylabując ostatnio słowo z charakterystycznym osackim akcentem. Gdyby Makoto nie był do niego przyzwyczajony, pomyślałby, że Shouichi posłużył się językiem obcym. — Tylko nie mów, że zapomniałeś o naszym prywatnym święcie — kontynuował, nakręcając sobie czarny kosmyk kohaia na palec.  
— Nie martw się, dostaniesz swój prezent — zapewnił Hanamiya; skarcił się w myślach, że nie potrafił zatuszować złości w głosie.
— Jestem pod wrażeniem, że o mnie myślisz.
 — Od rana do wieczora.
Imayoshi zaśmiał w taki sposób, jakby właśnie usłyszał dobry dowcip.
— Ta rózga będzie dobrze pasować do twojego tyłka.
Hanamiya aż zaniemówił, ale nie dał po sobie poznać bez granicznego zdziwienia. Skąd, u licha, wiedział, że dostanie dokładnie taki prezent? To było nie do pomyślenia, że Imayoshi potrafił w taki łatwy, ale skuteczny sposób wyprowadzić jego wewnętrzny spokój na spacer, a najgorszy był fakt, że nie znalazł jeszcze skutecznej metody, aby odwieźć go od tego pomysłu.
— Przegrana robi swoje. Bredzisz – sparował po chwili, mając ochotę wymazać ironiczny uśmieszek na wąskich ustach pięścią; Imayoshi był zdecydowanie za blisko, aby nie dopuszczać do głowy Hanamiyi morderczych myśli.
– No weź, wtedy taki nie byłeś — przypomniał cierpliwie, wkładając dłonie pod koszulkę; skóra Makoto spełniała jego oczekiwania – była miękka i delikatna.
— Kiedy?
Imayoshi spodziewał się tego pytania. Hanamiya był taki prosty w konstrukcji, że czasem aż żal było mu na niego patrzeć.
— Czyżbyś się niewerbalnie prosił, abym odświeżył ci pamięć? — zapytał z wrodzoną uprzejmością, nakreślając palcem linie spiętego kręgosłupa.
— Pragnę tego całym sobą.
— Och, nie mów, że to odświeżyło ci pamięć? — Zachichotał.
— Uderzyłeś się w głowę? Masz gorączkę?
— Twoja troska jest jak zwykle nieoceniona. A skoro tak się palisz, aby mnie uleczyć, znam skuteczny lek.
Makoto zmarszczył brwi, kiedy jedna z dwóch dłoni Imayoshiego wylądowała na jego pośladach, zaciskając się na nich tak mocno, że cudem powstrzymał się od westchnienia; nie miał zamiaru nagradzać go niczym poza nienawistnymi spojrzeniami. 
— Pieprzysz – syknął przez zaciśnięte zęby, zaciskając mocno pięć palców na ręce senpaia.
— Właśnie tak, Hanamiya — zachęcił go Imayoshi. — Rozkrocz przede mną swoje nóżki jak wtedy i będziemy kwita.
— Nie jestem twoją dziwką — warknął Makoto, jak rasowy rottweiler.
— Rozumiem — przytaknął z udawaną niechęcią Shouichi. — Daj mi na niego namiar.
— Koszykówka ci nie służy.
— Zabawny jak zawsze.
— Ani trochę nie jest mi do śmiechu, pedofilu.
— Och, czyli nie muszę z nim rozmawiać, tak?
Ucieszył się jeszcze bardziej, zauważając, że nozdrza Hanamiyi zadrżały niebezpiecznie.
— Co ty, kurwa, pleciesz? — wychrypiał.
— Po prostu zastanawiam się na głos, jak to możliwe, że moja zabaweczka tak szybko zmieniła właściciela.
— Nie. Jestem. Twoją. Zabaweczką — wysyczał, akcentując każde słowo z osobna.
— Ciekawe rzeczy mówisz — przyznał po chwili Imayoshi. — I przykre, że nie zaprzeczasz i jeszcze przy okazji usiłujesz brzydko skła…
Makoto zaatakował wąskie usta Imayoshiego z taką agresją, jakby miał zamiar wyżyć się na nim za całokształt. Był zły na siebie, że nie potrafił podciągnąć go pod kategorię „wróg” i zdiagnozować ich związku, jako „beznadziejny”.
Shouichi nie pozostawał mu dłużny; wyszarpał jego głowę pod dziwnym kątem, pozwalając, aby usta Hanamiyi kąsały go jeszcze mocniej i mocniej; już dawno rozpadł się przy nim na atomy, a zwoje w jego mózgu uległy całkowitej autodestrukcji, dlatego nie przejmował się tym, że jego usta nazajutrz będą opuchnięte i zaczerwienione po same kąciki; dostał w pakiecie o wiele więcej, niż sobie wymarzył.
— To mi się podoba — wyszeptał na wydechu, gdy Hanamiya wsunął w jego usta pośpiesznie język. — Czyżbyś sugerował, że od teraz wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie?
Makoto uśmiechnął się tylko tajemniczo w odpowiedzi.
______________________
Bezsensowny bełkot, jak zawsze. xD
Pozdrawianka ♥

7 lutego 2014

Pobrzask

      „Ci ludzie nawet kochają, tak jakby nienawidzili.” — Fiodor Dostojewski.

{ muzyka }

2. Prototyp
— Wymiana? — pyta niepewnie, przypatrując się z uwagą krótkim, zmierzwionym przez wiatr włosom; nie wie, jak powinien traktować jego słowa — jak jeden wielki niesmaczny dowcip, czy może jak prawdziwy i niezachwiany dowód, że stoi przed nim prawdziwy psychopata, któremu do szczęście brakuje tylko mocnych psychotropów i pomieszczenia bez klamek; nie zna go aż tak dobrze, aby oceniać, ale ma wrażenie, że zmaga się z naprawdę poważanymi zaburzeniami psychicznymi.
— Tak, wymiana — przytakuje cierpliwie, wykrzywiając usta w cynicznym uśmiechu. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że jego rozmówca nie prosi, tylko żąda; już dawno podjął decyzje i czeka cierpliwie aż Himuro się do niej grzecznie przystosuje. — Za jego życie twoje życie, przecież to prosty rachunek — mówi, wzruszając ramionami. Wykrzywia usta w delikatnym grymasie, który mógłby uchodzić za uśmiech, ale Himuro przypomina bardziej oznakę niestrawności; nie ma wątpliwości, że na jego drodze właśnie pojawił się diabeł w ludzkiej skórze.
— To brzmi jak transakcja — warczy pod nosem;  pierwszy raz daje się uprowadzić złości na oczach kogokolwiek i jest na siebie wybitnie zły; nie ma pojęcia, gdzie podziewa się jego spokój, wie tylko jedno: musi chronić osobę, na której mu zależy. Osiągnął już zbyt wiele, aby się wycofać.  
— Nazywaj to jak chcesz, nie przeszkadza mi to — zapewnia i miażdży w dłoniach komara, który chciał posilić się jego krwią.
Z okresu dzieciństwa oprócz blizn została mu także odwaga, dlatego Himuro wyłącza myślenie i po chwili zgadza się na jego warunki.
— Chcę tylko jednego — mówi cicho. —  Chcę, abyś przestał nachodzić Atsushiego.

Telefon wykonany na szybko. Wymiana paru chaotycznych zdań. Sztuczny spokój, który ma na zadanie uspokoić własne wyrzuty sumienia. Dźwięk przerwanego połączenia. Przedłużająca się coraz bardziej cisza.
Ma marzenie. Chce scalić się ze ścianą. Odseparować od życia. Zniknąć z powierzchni ziemi. Udawać, że nie istnieje. Przestać być przyjacielem dla wszystkich i utożsamiać się z pieprzonym, niewzruszonym kwiatem lotosu. Pozbyć się chorego entuzjazmu, który jest jego prywatnym kompleksem. Chce żyć jak każdy, przeciętny Japończyk. Bez żadnych „ale”. Z masą pomysłów na przyszłość.
To nie miało być tak, do cholery. Ma wrażenie, że upada, coraz niżej i niżej, jak cholerny kamień w wodę, że ktoś już dawno powiesił mu na chudej szyi sznur i tylko bardziej go ściska. Sam kopie sobie grób, buduje szubienicę własnymi rękami; oprócz krwi nie widzi nic więcej. Rozkład pochłania go coraz bardziej i bardziej.
Ściska w drżących dłoniach kubek, z którego już dawno wyparowało ciepło i żałuje, że zamiast zwyczajowej kawy nie napił się melisy na skołatane nerwy. Uśmiecha się z rezygnacją, wbijając spojrzenie w kierownice; kiedyś ciepły, szorstki dotyk kochanka działał na niego kojąco, jak najwyższej jakości lek na nerwy, teraz sprawia tylko, że nie może pozbierać myśli. Ma wrażenie, że życie coraz bardziej go nienawidzi; z dnia na dzień skutecznie rujnuje równowagę, wysyłając jego spokój na wakacje. Przeciera oczy ze zmęczenia i upija łyk z białego, plastikowego kubka, wzdrygając się gwałtownie; kawa jest zimna, pozbawiona jakiegokolwiek smaku.
Wzdycha głęboko i wyciąga z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Uświadamiając sobie, że nie ma siły walczyć z nałogiem, wyciąga jednego i przygląda mu się uważnie przez pewien czas, zastanawiając się, czy było warto, ale jest tylko jedna odpowiedź na pytanie. Wkłada pałeczkę tytoniu do ust i zapala ja zapalniczką, która pozostawiła na jego ramieniu ślady poparzenia. Odpowiedź nie pada.
Rozdziewicza papierosa i zamyka oczy, delektując się zbawczym dymem, który pochłania każdą powierzchnie płuc. Nie zwraca uwagi, gdy wypuszcza kubek z ręki; to nie ma już najmniejszego znaczenia. Zaciska miedzy zębami peta; jest jednym lekarstwem na wszystkie smutki.
Utknął w martwym punkcie; powinien dać się zabić, gdy los dawał mu na to szansę, a nie szwendać się po mieście ze skrzywioną psychiką, z milionem zmartwień na karku, wielkoludem czekającym na niego o każdej porze dnia i nocy, z paroma tysiącami jenów w kieszeni, bagażnikiem zakupów, nielegalnym romansem, który wpakował sobie do łóżka na własne życzenie i poczuciem winy, z którym zmaga się przeszło trzy lata i za żadne skarby nie potrafi sobie z nim poradzić.
Przy życiu utrzymuje go już tylko dług wdzięczności, który zaciągnął u swojego prywatnego koszmaru i wyrzuty sumienia, które pielęgnował, aż doszły do stanu, w którym nie może kiwnąć chociażby placem, aby wyprostować emocjonalną, oplatającą go skutecznie więź
Himuro chichocze histerycznie, diagnozując chorobę, która zmusiła go do tego wszystkiego; samotność. Ale wie, że dziś jest ostatnia szansa, aby postawić sprawę jasno. Nie może uciekać się do niedomówień. Coraz trudniej przychodzi mu patrzenie wprost w fiołkowe oczy, które lokują w nim wszystkie nadzieje; kiedyś błyszczały niesamowitym ciepłem, ale ma wrażenie, że ten blask do niego już nie dociera, a tej osoby już dawno nie ma.
Zbyt wiele kłamstw nagromadziło się na siebie, zakłócając cały światopogląd, w który wierzył. Teraz już tylko chce wierzyć, ale zdaje sobie równie mocno sprawę, że nie powinien oczekiwać od życia sprawiedliwości; jest zdecydowanie za późno, aby cokolwiek zmienić. 
Stojąc na klatce schodowej, która sprawia, że dzisiejsze śniadanie podchodzi mu do gardła, stara się uciszyć zdrowy rozsądek, nakazujący ewakuacje z tego miejsca w trybie przyspieszonym. Eliminuje z głowy sygnał nakazujący odwrót i wspina się po stromych, brudnych schodach. Na jego ustach pojawia się cień wymuszonego uśmiechu. Zbiera w sobie ostatnie pokłady odwagi i składa wizytę pechowi, pobudzając do życia wszystkie lęki.
Wraz z wejściem do środka nie ma już mowy o ucieczce. Jest tego boleśnie świadom, dlatego jego myśli krążą już tylko w jednym kierunku; musi jak najszybciej zniknąć z jego życia.
— Pogoda daje w kość — skarży się z uśmiechem na ustach, wchodząc do mieszkania z reklamówką produktów odżywczych w jednej ręce i za świeżym pieczywem w drugiej; charakterystyczne skrzypienie sprawia, że pot zbiera się na jego karku. — Powinniśmy pójść na spacer — proponuje, zdejmując buty; nie ma pojęcia, czy Atsushi w ogóle wychodzi na świeże powietrze, ale znając jego możliwości twórcze wcale tego nie robi, uzależniony od przesiadywania całymi godzinami nad paczką chipsów.
Himuro, zaniepokojony tym, że nie otrzymuje żadnej stosownej odpowiedzi, zerka do sypialni i wzdycha głęboko na widok zmożonego przez sen Murasakibary, przykrytego po same uszy ciepłym kocem; w mieszkaniu panuje przeraźliwy chłód. „Pewnie znów nie włączył ogrzewania”, przemyka mu przez myśli. Nie cierpi, gdy Atsushi bagatelizuje swoje zdrowie; już raz wylądował w szpitalu, pokonany przez ostre zapalnie płuc.
Księżyc oświetla pokój i Tatsuya mimowolnie unosi kącik ust do góry; nie może uwierzyć, że w tym samym pustym, pozbawionym radości pokoju, kiedyś potrafili się śmiać i rozmawiać do samego rana, nie przejmując się tym, że ich uczucia sukcesywnie umierały. Himuro nie wie, kiedy dokładnie przestał cokolwiek czuć do Murasakibary, ale ma wrażenie, że uderzyło go to tak, jak grom z jasnego nieba; z dnia na dzień wszystkie uczucia wyparowały, pozostawiając po sobie jedynie niesmak i żal. 
Odkłada zakupy na drewniany stolik, przy którym piją herbatę w mroźne dni; Atsushi z jakiegoś powodu nie toleruje w swoich żyłach kofeiny, dlatego też nawet Tatsuya postanawia w jego obecności ograniczać kawę i zamiast tego zaspokaja swoją potrzebę kofeiny kilkoma puszkami pepsi. 
Podchodzi do pogrążonej w śnie sylwetki; Atsushi nie jest pokryty ramienicami, oddycha spokojnie, równomiernie, nie chrapie, dlatego Tatsuya z czystym sumieniem przyznaje, że wygląda jakby zmarł. Pochyla się na jego bladym policzkiem i składa na nim zimny, pozbawiony jakichkolwiek kolorów pocałunek; ma wrażenie, że już dawno odebrano mu uczucia.
— Obudź się, Atsushi — mówi cicho, potrząsając lekko ramieniem wielkoluda, ale tak naprawdę nie chce, aby zaczął kontaktować ze światem żywych. Robi to tylko dlatego, aby potem powiedzieć ze sztucznym uśmiechem na ustach „przecież próbowałem”, gdy jego kochanek zacznie się buntować, że go nie obudził. Czuje najprawdziwszą ulgę; Murasakibara ani drgnie, topiąc swoje marzenia w snach.
Himuro nie potrafi się już rozczulać nad śpiącą twarzą ponad dwóch metrów, mimo że kiedyś podczas swoich bezsennych nocy był w stanie robić to do białego rana. Teraz może stwierdzić już tylko jedno: zdecydowanie woli „purpurową różę” w tej wersji; jest dwa razy spokojniejsza, nie wymaga opieki, wyimaginowanych słów i żadnych deklaracji.
— Śpij spokojnie — szepcze cicho do jego odsłoniętego ucha, zabierając ze stołu reklamówki ze świeżym zapasem żywności. Z przykrością stwierdza, że taki stan rzeczy jest mu na rękę; nie musi się spowiadać, dlaczego przyszedł trzy godziny po umówionej porze, nie musi szukać winy w ciągnacych się w nieskończoność sklepowych kolejkach.
Tatsuya dobrze pamięta, że jest jedyną osobą, która może wyciągnąć Atsushiego z tych czterech ścian i zaoferować mu rozrywkę w postaci wizyty w domu handlowym czy wesołym miasteczku; nie może nie zapomnieć, że kiedyś w drodze do parku rozrywki śmiali się jak szaleni z głupich dowcipów, a w drodze powrotnej Mukkun był tak wykończony, że aż zasnął w samochodzie i Himuro był zmuszony wytargać go na ósme piętro. 
Teraz ma wrażenie, że te wspomnienia są tylko odległym zapychaczem, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością, ale nie żałuje; nadal lubi spoglądać na zamyślaną twarz Atsushiego, który, przygryzając język w akcie zmyślenia, spisuje listę swoich ulubionych potraw, robi to z taką dumą, że śmiech sam ciśnie się na usta. Jednak nie może pozbyć się wrażenia, że po drugiej stronie drzwi do mieszkania nie ma już nic, oddziela ich gruby mur niedomówień i wspólnej niechęci.
Himuro zdaje sobie sprawę, że sieć kłamstw, która owinęła szczelnie kochanka jest zbyt gruba, nie ma od niej żadnej drogi ucieczki; nie ma zielonego pojęcia jak powiadomić go z pogodnym uśmiechem na ustach, że pogrzebał swoje uczucia w żelaznym uścisku osoby, której obaj nie znosili. Nie potrafi wyznać prawdy, boi się jej, boi się przyznać sam przed sobą, że zniszczył jedyną szansę na wydostanie się z tego piekła.
Prawda dochodzi do niego powoli. Nie śpieszy się. Bez żadnego skrępowania przejmuje kontrolę nad jego ciałem. Czeka na odpowiedni moment. Atakuje. Niszczy. Grzebie jakiegokolwiek nadzieje. Kradnie szansę na zaczerpniecie oddechu. Zabiera wszystkie uczucia. Aż nie pozostaje nic innego prócz kłamstw, kłamstw i jeszcze więcej kłamstw.
Mimo że obwinia za wszystko pozbawionego iskry życia Murasakibarę, w głębi serca wie, że jest sam sobie winien. Nie mogą wrócić do tamtych dni. Już nigdy nie wrócą, bo tak naprawdę nie mają do czego wracać. Granica odgradzająca miłość od nienawiści jest naprawdę bardzo cienka.
— Muro-chin, zraniłeś się.
Zaniepokojony, rozleniwiony głos skutecznie sprowadza go na ziemie. Wzdryga się gwałtownie. Spogląda na swoją dłoń i wykrzywia twarz w nieprzyjemnym grymasie, mamrocząc pod nosem coś, co znaczy „ach, masz rację”. Z krwawiącego palca nie czuje ani odrobiny bólu. Syczy bezgłośnie, gdy Murasakibara z nieświadomą delikatnością ujmuje jego dłoń i wkłada sobie jego wskazujący palec do ust, ssąc go z wyczuciem. Czując jak plecy zostały potraktowane przez przyjemny, ciepły dreszcz, mimowolnie się uśmiecha.
— Nie przejmuj się mną, głuptasie — mówi, starając się zachować spokój. Dba o każdy szczegół — głos mu nie drży, jest z siebie piekielnie dumny. — Już wszystko dobrze, Atsushi — zapewnia i odkłada nóż, czochrając po włosach zgiętego w pół wielkoluda.
— Muro-chin — zagaduje po chwili Murasakibara, składając na spierzchniętych ustach partnera pocałunek. — Niedługo masz urodziny. Mieliśmy zwyczaj mówienia sobie, co chcemy.
— Pamiętasz? – dziwi się Himuro, unosząc brew; zawsze traktuje Murasakibarę jak egoistę, dlatego nie może ukryć zdziwienia, kiedy padają z jego ust słowa brzmiącego jak obietnica.
Niezadowolony Atsushi robi klika kroków w tył, zachowując bezpieczną odległość i przypatruje się uważnie swojej drugiej połówce; podrywa się gwałtownie na dźwięk nieznanej melodii i wbija pytające spojrzenie w Himuro.
— Muszę odebrać — mówi szybko Tatsuya i wysyła przepraszający uśmiech w stronę wielkoluda, ściskając w dłoni telefon; Murasakibara przytakuje niechętnie i oddala się niepośpiesznie do sypialni. Nie ma sensu pytać, kto dzwoni i po co musi odbierać koniecznie teraz; mimo że Murasakibara nie jest już dzieckiem, nie rozumie systemu dorosłych.
Himuro odprowadza jego sylwetkę do samych drzwi, czując jak zalewa go fala prawdziwej ulgi. „Wymyśli coś, do cholery, za nim się domyśli”, jego głowa w zastraszającym tempie wypisuje czarne scenariusze; nie wie, kiedy z optymisty zmienił się w prawdziwego pesymistę, ale to nie ma znaczenia.
 Prycha zirytowany pod nosem i jednym przyciskiem ucisza protesty budzika, którego zapomniał wyłączyć; nie może przyznać przed samym sobą, że jego cały arsenał argumentów zaczyna sypać się w odstraszającym tempie; niczego od Atsushiego nie oczekuje, jego urodziny to tylko pretekst do powstrzymania rozmowy, która nie klei się od dobrych kilku dni.
Zaciska dłoń na obrączce, która zwisa swawolnie z jego szyi na srebrnym łańcuszku i potrząsa delikatnie głową, aby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia. Ale jest boleśnie świadom, że to w niczym nie pomaga.
— Taiga, jak dobrze, że mnie teraz nie widzisz.
To miejsce nie może dłużej nazywać swoim domem.

W tym związku miłość przestała istnieć już dawno temu. Kieruje nimi tylko nieznane pożądanie, chora tęsknota za ciepłem i bliskością drugiej osoby. Murasakibara mruży z zadowoleniem oczy i mamrocze coś niezrozumiałego pod nosem.
Smukłe palce wolno błądzą po szorstkiej skórze, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Ich droga jest chaotyczna; sunęły od obojczyku aż po klatkę piersiową, zatrzymując się dopiero na pępku, ale za nim to następuje, manipulują przez chwilę sterczącymi od ekscytacji sutkami. Od Himuro zawsze emanuje naturalne ciepło, które sprawia, że jego ciało pokrywa się gęsią skórką. Nie może powstrzymać jęku, który wydostaje się spomiędzy dużych warg. 
— Kocham cię — deklaruje, przesuwając językiem po płatku ucha kochanka, nadgryza je, zaciskając na nich delikatnie zęby i uśmiecha się, gdy zostaje nagrodzony pojedynczym stęknięciem; zna jego słabe punkty na pamięć. 
— Cieszę się — zapewnia Tatsuya; słowo „kocham cię” z trudem przechodzi mu przez gardło, dlatego woli zachować je na sytuacją kryzysową, zamiast tego wysyła w stronę Mukkuna radosny uśmiech, który ćwiczy nieprzerywalnie od dwóch miesięcy przed lustrem; nie jest idealny, ale wystarczy, aby jeszcze przez chwilę zwodzić go za nos.
Z delikatnością pokonuje każdy centymetr ciała wielkoluda, czując jak wypełnia go coraz dotkliwej poczucie zawodu; Mukkun nie prezentuje się już jak sportowiec z prawdziwego zdarzenia, jego ciało jest prawie pozbawione jakichkolwiek mięśni, zamiast nich jest pokryty tkanką tłuszczową, wynik obżerania się całymi dniami słodyczami daje o sobie znak. Powinien o siebie zadbać — pójść na siłownie, na pływalnie, pobiegać, pojeździć trochę na rowerze, cokolwiek, aby utrzymać stałą wagę; jak tak dalej pójdzie, Himuro nie ma żadnych wątpliwości, skończy z nadwagą szybciej niż zda sobie z tego sprawę.
— Kupisz jutro truskawki, Muro-chin? — zagaduje po chwili Atsushi, zaciskając dłoń na pobudzonej męskości swojego wybawiciela; jest twarda i nienaturalnie duża, brakuje jej już nie wiele, aby osiągnęła upragnione spełnienie. Nakreśla językiem linie jego żuchwy, aby po chwili przenieść usta na jego szyję; wyczuwa jabłko Adama i zachowuje przy nimi niezwykłą ostrożność; kolejny fetysz partnera zostaje zdemaskowany.
Himuro chichocze cichutko pod nosem, przymykając na chwilę oczy pod wpływem niebezpiecznych pieszczot zadawanych przez wielkoluda; jego dotyk nie kręci go tak jak kiedyś, wszystko jest wymuszone, nawet serce nie chce poddać się chwili uniesienia, tylko penis reaguje impulsywnie, zdradzając swoje zainteresowanie i łaskotki zawsze pozostają na swoimi miejscu.
— Nie chcesz tortu? — pyta zawiedziony Atsushi i uśmiecha się za aprobatą, gdy Tatsuya porusza biodrami w rytm ich przyspieszonych oddechów.
— To nie tak — parska śmiechem na widok zdziwionej twarzy Murasakibary; nie jest w stanie znienawidzić jego natury dziecka, bezwarunkowo ją pokochał.  — Zima zbliża się szybkim krokiem, nie tak łatwo dostać truskawki — tłumaczy, bawiąc się fioletowym kosmykiem, który drażni jego klatkę piersiową.  — Poza tym nie możesz myśleć o jedzeniu dwadzieścia cztery na dobę. Nie wtedy, gdy…
Urywa szybko, gdy Murasakibara kradnie mu ciche westchnienie; Mukkun wymanierowanym gestem porusza ręką w górę i w dół, w górę i w dół, podrażniając długimi palcami męskość, jest bliska eksplozji.
— Nie myślę, Muro-chin — zapewnie i pochyla się nad nim, traktując językiem jego szyję. Jest tak pochłonięty, że nawet nie zauważa nieprzyjemnego grymasu, który przechodzi przez twarz Himuro.
„Wiem, że nie myślisz, gdyby tak było, nie musiałbym się zmuszać do…”, wzdycha jeszcze głośniej, gdy Murasakibara pociera palcami o wrażliwą główkę, „nie musiałbym się zmuszać do najsmutniejszego seksu w życiu”.
Atsushi zahacza zębami o bladą skórę, zostawiając na niej czasem ślady swojej obecności i konsekwentnie milczy na widok obcej malinki, która ozdabia obojczyk kochanka; zaciska łagodnie palce na nabrzmiałym członku partnera, aby po chwili rozkoszować się cichym jękiem.
— Kocham cię — szepcze Himuro, zaciskając dłonie na pościeli; to wystarcza. Murasakibara pochyla się nad jego twarzą i przylega do jego ust, rozgrzewany przez ciepły oddech. Powolny pocałunek sprawia, że ogarnia ich kolejna fala pożądania, długi język leniwe wsuwa się w rozchylone usta i drażni podniebienie, ogromne dłonie błądzą po ciele, nie zapominając o każdym najmniejszym zakamarku, aż w końcu zatrzymują się na biodrach; zaciska na nich palce i zatrzymuje się.
Patrzą sobie w oczy, kontakt wzrokowy trwa długo i nieprzerywalnie, towarzyszy im tylko cisza, przerywana od czasu do czasu przez obecność ludzi na klatce schodowej i sąsiednich mieszkaniach; nieszczelne ściany przepuszczają każdy najdrobniejszy dźwięk. 
Murasakibara, czując jak ciepło kumuluje się w jednym miejscu, nie może już dużej sterczeć nad drżącym pod nim ciałem i ignorować swojej ekstazy; Himuro odchyla nogi i wpuszcza go do środka, koncentrując swoją uwagę na plamę wilgoci, która zdobi popękany, biały sufit.
Atsushi leniwie wciska się w niego i porusza się z wyczuloną delikatnością, starając się pokonać fasady mięśni bez niepotrzebnego uszczerbku na zdrowiu Himuro. Tatsuya zamyka oczy, pozwalając z nietypową uległością, aby dwadzieścia placów złączyło się ze sobą w mocnym uścisku. Czuje jak gorąco atakuje jego policzki, przez chwile ma wrażenie, że spłoną od tych nagłych pokładów ciepła, ale szybko zostają ugaszone przez chłodny język wielkoluda, który dotyka rozgrzanej skóry, dbając, aby się szybko schłodziła.
  Otwórz oczy, Muro-chin — prosi cicho Atsushi; Tatsuya nie ma pewności, ale ma wrażenie, że wyczuwa w tonie jego głosu nutę złości zabarwioną lekkim rozbawieniem. Posłusznie otwiera oczy i uśmiecha się delikatnie, pozwalając, aby z jego ust ulatywały ciche westchnienia i głośniejsze jęki.  
Murasakibara nieznacznie przyspiesza, porusza się w nim coraz szybciej i szybciej, burząc delikatny rytm. Himuro zaczyna brakować tchu, nie jest w stanie złapać oddechu, ciepło atakuje każdą komórkę ciała, ostry ból dominuje nad przyjemnością.
— A-atsushi — cicho szepcze jego imię, ale reszta słów zostaje przerwana przez wrzask, który wydostaje się z jego gardła, gdy wielkolud napiera na prostatę; łapczywy pocałunek przerywa nieprzyzwoity dźwięk.
— Jeszcze chwilka, Muro-chin — zapewnia Atsushi; nie zdaje sobie sprawy, że zadaje mu ból w najczystszej postaci, sam czuje przyjemność. Jest na granicy. Tylko chwila dzieli go od spełnienia; ma wrażenie, że to najdłuższy seks w jego życiu. Zamyka oczy i z leniwym uśmiechem przyklejonym na ustach eksploduje, traktując swojego ukochanego ciepłą spermą.
— Zejdź ze mnie, Atsushi — mówi roztrzęsiony Tatsuya, próbując się uspokoić, ale Murasakibara  przyciska ciepłe ciało kochanka do materaca i wiąże je w uścisku, kładąc głowę na chudej kalce pierwszej; praca serca Himuro jest szybka i nieprecyzyjna, jak zużyty silnik.
– Kocham cię — zapewnia Murasakibara, zgarniając sklejone przez pot ciemne włosy za ucho. Himuro przeważnie pachnie wiosną i miodem, dziś jest przesiąknięty intensywnym zapachem polnych kwiatów i dymem, który nieprzyjemnie podrażnia jego zatoki. Nie może pozbyć się wrażenia, że obcy aromat na skórze mężczyzny świadczy o tym, że w jego życiu obecna jest osoba trzecia.
Atsushi kręci nosem z niezadowolenia i otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale refleks Himuro jak zwykle nie ma sobie równych. Pięć palców szybko przeczesuje purpurowe włosy. Usta łączą się w precyzyjnym pocałunku; Tatsuya przez chwilę pozwala, aby ich języki powalczyły o dominacje, ale po upływie dziesięciu sekund odpuszcza i pozwala, aby ciało Murasakibary ciasno do niego przywarło. Czując na szyi nierówny oddech; otwiera szeroko oczy ze zdziwienia.
— Coś się stało, Atsushi?
Troska w glosie Tatsuyi tak bardzo imponuje wielkoludowi, że myśl o potencjalnej zdradzie znika z jego głowy tak szybko jak się pojawia. Uśmiecha się delikatnie w odpowiedzi, zrzucając całą winę na wyniszczony przez brak snu organizm.
— Spaaaaać mi się chce.
Atsushi w akompaniamencie głębokiego ziewnięcia przeciąga sylaby, a po chwili zamyka oczy, aby podkreślić wartość swoich słów. Himuro przyciska usta do jego skroni i szepcze cichutko „dobranoc”.
Na jego twarzy pojawia się ulga. Naiwność Murasakibary nie zna granic.
Czeka cierpliwie aż zaśnie i wydostaje się z łóżka, czując ostry ból, atakujący każdą komórkę, ale nie narzeka. Traktuje to jako pokuta za swoje grzeszy.


Atsushi opiera się o ścianę prysznica i zgrzyta zębami ze złości. Nie potrafi zidentyfikować bólu, który rodzi się nieświadomie w jego piersi, ale nie ma wątpliwości, że hoduje się w nim pod wpływem dzisiejszych wydarzeń; to świadomość nie chce dać mu spokoju, przejmuje kontrolę nad jego myślami, zniewala, unicestwia wszystkie uczucia i odseparowuje dziecięcą naiwność, która wypełnia jego życie od chwili narodzenia. W jednej minucie wszystko staje się jasne; nie może wymazać z głowy obrazu oparzeń na ramionach ukochanego i kilku dużych malinek, wyglądają dokładnie tak, jakby ktoś z premedytacją podpisywał swoją własność, tylko jedna osoba jest do tego zdolna. Murasakibara nie ma już żadnych złudzeń.
Himuro jest ucieleśnieniem świętości, tylko wtedy, gdy sam na niego patrzy, ale teraz, stojąc tuż przed nim, nie może powiedzieć tego samego. Nie może dużej patrzeć na niego jak na anioła, który spadł na ziemię, aby uchronić go przed autodestrukcją; Tatsuya jest taki sam jak on — ma wady i zalety; nie należy do żadnej konstelacji gwiazd, nie jest częścią piedestału.
— Nie musisz już dużej zmuszać się do uśmiechu — mówi w końcu, zastanawiając się niechętnie dlaczego Himuro potrzebuje aż tyle wody, aby zmyć jego obecność ze swojego ciała; mimo że nie jest osobą, która zwraca uwagę na tarczę zegara, ma wrażenie, że mężczyzna siedzi w łazience dwa razy dużej niż zazwyczaj.
— Mówiłeś coś?
Murasakibara zaciska mocno dłonie w pięść, aby powstrzymać się od kolejnego wybuchu agresji. Nie wie, kiedy tak bardzo się od siebie oddalili. Nie może pozbyć się wrażenia, że Himuro nie jest już chodzącym ideałem; jest prototypem jutra.
— Nie chcę, abyś udawał, że wszystko jest dobrze.
Tatsuya nabiera wrażenia, że głos mężczyzny jest coraz słabszy, ale konsekwentnie milczy, nie chcąc, aby Atsushi jeszcze bardziej upodobnił się do siebie z przeszłości. Szoruje zawzięcie plecy z pedantyczną dokładnością, zerkając na łańcuszek z pierścionkiem w mydelniczce.
Ile tak naprawdę lat minęło dokąd stał się częścią życia Murasakibary? Nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale ma świadomość, że jeśli potrwa to chociaż chwilę dużej, obydwaj utoną w bezgranicznych otchłaniach szaleństwa.
— Muro-chin.
Twarz Murasakibary pojawia się tuż przed jego twarzą. Himuro przykłada sobie ręce do ust, aby nie krzyknąć. 
— Atsushi, muszę ci coś powiedzieć…
— Nie musisz nic mówić, Muro-chin, wszystko rozumiem — zapewnia, chociaż sam zainteresowany szczerze wątpi. — Też zabiłem człowieka.
Uczucie dejavu jest tak potworne, że Tatsuya nie może pozbyć się wrażenia, że od Murasakibary emanuje niezdrowa aura psychopaty, ale w głębi serca odczuwa najprawdziwszą ulgę — powoli znów staje się człowiekiem.
— Chciałem cię po prostu kochać, Atsushi — mówi cicho, powstrzymując się od słonych łez.
Murasakibara kładzie palec na usta swojego partnera; „Kocham cię” nie dociera już do żadnego z nich.
________________________________________
Zgodnie z obietnicą rozdział przed ostatni; teraz powinno być już wszystko jasne :D A może tylko dla mnie jest *myśli* Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że poziom spadł drastycznie. Rozdział jest o wiele dłuższy od pierwszego, ale kolejny będzie krótszy (chyba). Oksy. Ten ficzek od samego początku miał być tylko samymi seksami xd Chciałabym też podziękować za ponad 20.000 wyświetleń ♥_♥
Trzymajcie się ^__^