Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haikyuu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haikyuu. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2014

Czarny kot

Nie miał całego dnia. Nie mógł czekać w nieskończoność. Nie chciał też stawać na rzęsach. To byłaby potwarz dla jego sprawnego w działaniu gatunku. Był atrakcyjny, warty uwagi i przede wszystkim przystojny.  Nie musiał robić akrobatycznych sztuczek, aby wzbudzać zainteresowanie. Ale ostatecznie postanowił zniżyć się do poziomu kota i zamiauczeć. Obcowanie z plebsem nigdy nie było jego mocną stroną. Ale jak mus to mus. Taki zawód. W końcu zlecił mu tę robotę stary kruk w cylindrze. Dla odmiany podszedł do swojego nowego zlecenia i otarł się o nagą kostkę. 
Kenma, zaaferowany robieniem krwawej miazgi, przeniósł chwilowo wzrok na czarnego kota, zaintrygowanym tym nagłym przejawem zainteresowania jego skromną, nie wyróżniającą się  w tłumie osobą. Może za wyjątkiem dzikich blondów na jego głowie, ale to było mało istotne. Potraktował kota należycie. Podrapał za uszkiem. Ochrzcił. Porozmawiał.
Ale to nie wystarczało. Wszystkie jego staranie spełzły na niczym. Nie wiedział kiedy popełni karygodny błąd. Wtedy kiedy położył go na swoich kolanach? A może wtedy kiedy znów zainteresował się konsolą? W każdym razie kot zdecydował, że należy mu się kara. Z bojowym okrzykiem „ta zniewaga krwi wymaga” rzucił się na niego z pazurami, szpecąc jego policzek szramą.
— Och… — szepnął cichutko, gdy czworonóg dobrał się do jego tętnicy, zmieniając się nagle w człowieka z kocimi uszami i sterczącym z tyłka ogonem.
Paradoks. Teraz sam przeżywał krwawą miazgą z rąk osobnika, z którym się utożsamiał. A za chwilę będzie się tułał zaświatach. Jak bezpański kot.  
Och, może to jego chomik wrócił i teraz się mści w postaci, która go zjadła?

Kuroo, zalany potem, wybudził się gwałtownie, w akcie zdenerwowania przeczesując ręką zmierzwione włosy. Zanim wymusił posłuszeństwo na dogorywających nerwach, zerknął na bok, upewniając się, że horror przestał trwać wraz z otwarciem oczu. Ale jeszcze szybciej zdał sobie sprawę, że jest sam i nie ma obok nikogo kogo mógłby obudzić swoim przyspieszonym oddechem i niezdrowym rytmem serca.
Kenma zniknął. Razem z nim zniknęły jego ubrania i konsola. Tylko torba przewieszona niedbale przez klamkę i rozkopane po prawej stronie prześcieradło, świadczyło o tym, że wieczorne wydarzenie nie było chorym wybrykiem jego wyobraźni.

*

Lato było zbyt ciepłe, taka myśli narodziła się w głowie Kenmy, gdy nawiedził warzywniak w celu zaopatrzenia się w kilka czerwoniutkich pomidorów, których brakowało w domowym zapatrzeniu. Nawet nie miał na nie ochoty, po prostu szukał sposobu by dać upust swoim emocjom, a nie ma nic tak pasjonującego jak rozwodzenie się na temat intensywności warzyw upchanych w koszyku jak sardynki w puszce. 
Ignorując uważne spojrzenie sprzedawczyni spod porannej gazety, od dziesięciu minut kontemplował dorodność warzywa, trwając w typowym dla siebie zawieszeniu. Dopiero, gdy — jak się domyślał — właścicielka podeszła do niego i niepasującym do niej piskliwym głosem zapytała „w czymś pomóc?”, wykonał jakikolwiek ruch, aby w końcu wrócić do upragnionego azylu. Ewakuował się czym prędzej z dusznego pomieszczenia, jakby został przyłapany na gorącym uczynku.   

*

Kuroo w akcie desperacji przeczesał gruntownie dom, dwa razy sprawdzając pod łóżkiem, coby się upewnić czy jego zdolności artystyczny nie były aż na takim wysokim poziomy, że przez sen zwalił Kozume z posłania i doprowadził go przez przypadek do nieprzytomności. Cholera, a przecież tyle razy powtarzał, że futon to bezpieczniejsza opcja dla jego chudego tyłka! A ten, uparty jak osioł, zaparł się nogami i rękami, że nie chce zlizywać kurzu, który gęsto zalegał na podłodze i bezpieczne legowisko poszło w odstawkę.  Mały buntownik się znalazł.
Ale pod łóżkiem go nie było. Nie licząc kilka starych podręczników, kawałka pizzy i dwóch, zakochanych w sobie po uszy, pająków (co z tego że jeden zjadał drugiego), nie było tam nic  wartego jego uwagi.
Z rozpaczą malującą się w oczach musiał przyznać, że zniknął z powierzchni ziemi. Nigdzie go nie było. Ani w łazience, ani w kuchni, ani w salonie, ani w innym pomieszczeniu, do którego zaglądał niski rozgrywający. A zajrzał wszędzie, bo czego nie robi się dla mi… mózgu zespołu. No dobra, nie zerknął na poddasze, motywując swoje postępowanie tym, że Kenma nie był aż tak nikczemny żeby się tam schować.  Jego bierność nie była przystosowana na taki przejaw złośliwości.
Drżącymi rękami zmacał na wieszaku swoją kurtkę, narzucając ją na nagie ramiona i wybiegł z domu czym prędzej, traktując boleśnie piętą burego kota, który swoimi lenistwem bił wszelkie rekordy.
Wzdrygnął się, gdy wiatr przełamał strefę intymną, przebijając się w miejsce, do którego słońce zazwyczaj nie dochodziło. Zawrócił, zdając sobie sprawę, że jego walory artystyczne zostały odsłonięte przed bożym światem. A przecież nie chciał paradować po sąsiedztwie w przebraniu Adama. Ten widok był zarezerwowany tylko dla jednej osoby. Musiał dbać o swojej autorytety.

*

— Hmm… Gorąco. Zbyt gorąco — mruknął pod nosem, ścierając błyszczące krople potu z czoła. Był to jeden z najbardziej energicznych gestów na jaki się zdobył od bliskiego tygodnia, nie wliczając cichutkiego pomrukiwania przez sen i nachalnego molestowania klawiatury, z naciskiem na to drugie.  Och, było coś jeszcze, ale to „COŚ” nigdy nie wychodziło za drzwi sypialni i zaliczało się do tematów tabu.  Chyba, że w przypływie dobroci chciał wymusić na pewnym osobniku tej samej płci soczysty rumieniec na policzku.
Ze spokojem wymalowanym na twarzy prześwidrował bursztynowymi oczami okolicę i wzdrygnął się całkowicie nieświadomie, upadając bezradnie na niewysoki murek ukryty w zbawczym cieniu rozłożystych gałęzi iglaka. Beton nie grzeszył wygodą, ale stanowił doskonałą ucieczkę od przerażająco ciepłych promieni słońca, strzegących ulice rozgrzanego Tokio.
Wygrzebał z kieszeni czerwonego dresu, służącą mu od lat, konsole idealnie mieszcząc się w małych dłoniach i wbił w wyświetlacz bezbarwne spojrzenie. Powinien zawiadomić kogoś, że zgubił drogę powrotną. Znów. Świadomy tego, że stanie się powodem bólu głowy starszego o rok senpaia, odpalił dla zabicia czasu nową grę wideo, które przez przypadek wpadła w krąg jego zainteresowania. Nigdy nie był ludzkim nawigatorem, ani fanem zaczepiania przypadkowych przechodni i pytania ich o drogę. Zbyteczne zawracanie głowy. Postanowił nie ruszać się z miejsca i cierpliwie poczekać na swojego wybawcę.
Kenma przeniósł wzrok na kota, który otarł się o jego nagą kostkę, mrucząc tak donośnie, jakby przeżywał orgazm, albo dwa na raz. Był czarny jak smoła. Przypominał Tetsurou. Nawet wydawał podobne dźwięki. Musnął go opuszkiem palca w policzek. Nie uciekał, a wręcz przeciwnie, wskoczył mu na kolana, domagając się więcej pieszczot. Uznał to za dobry znak. W przejawie dobroci połaskotał go za uszami. Nagrodzony przeciągłym miauczeniem, pomyślał, że zaprzyjaźni go z nieokrzesanym kotem Kuroo, który dziwnie im się przyglądał podczas cosobotnich korepetycji z anatomii.  Może gdy w końcu znajdzie towarzystwo, przestanie się interesować życiem personalnym swojego właściciela? Może.
Kenma, zostawiając jakiekolwiek przejawy swojej inteligencji na boisku, nie miał zamiaru zastanawiać się nad seksualnym życiem burego kota. Dla odmiany skonfrontował swoje palce z miękkim włosiem sierściucha. 
— Kenma!
— Och… — Westchnął, słysząc znajomy głos dobiegający gdzieś z góry. Zmierzył znajomą sylwetkę powściągliwym spojrzeniem, nieświadomie zakrywając twarz w jasnych kosmykach.
— Gdzie ty łazisz?! —  Kuroo wyglądał tak jakby był bliski zawału.
— Uff… To nie tak — sprostował, wciskając do kieszeni konsole, z którą nigdy się nie rozstawał. — On… zgubił się — mruknął niezgrabnie w odpowiedzi. — Chyba — dodał, spuszczając wzrok na swoje kolana, gdzie powinno znajdować się czarne zwierzę. Powinno to dobre określenie, bo go tam nie było.
— Kto…? — zapytał trzecioklasista, ale nie oczekiwał odpowiedzi. — Tak w gwoli ścisłości, jesteś jedyną osobą, która się zgubiła.
— Och… — skomentował, gdy Kuroo przycisnął go mocno do siebie, dotykając ustami wilgotnego czoła. 
— Nigdy więcej nie wykręcaj mi takich numerów — warknął niezadowolony z obrotu sprawy i przyjrzał się uważnie Kenmnie. Na prawym policzku nie było żadnego zadrapania. Nic. Żadnej, nawet niewidocznej plamki. Potarł go kciukiem, wykrzywiając usta w grymasie zadowolenie, gdy na skórze przyjaciela wykwitł blady rumieniec.
— Umm… Dobrze. Prze…
Kozume nie zdążył odpowiedzieć, bo nachalne usta Tetsurou spotkały się z jego własnymi.
Zbyt zaoferowani wymianą śliny, nie zauważyli, że para bystrych oczu przygląda im się z zainteresowaniem, raz po raz oblizując usta i uśmiechając się nazbyt podejrzenie.
Ale miał problem, bo Kuroo przyrzekł sobie, że nie odda Kenmę żadnemu sadystycznemu kotu mordercy. Chyba, że on się nim stanie. Wszak miłość uszlachetniała… motyw zbrodni.      
_____
Przyznam bez bicia, że trochę trwało za nim polubiłam KuroKena (lol, brzmi prawie jak krakena). Na początku miałam sporo „ale” umotywowane moimi widzimisie, ale w końcu się przekonałam i o to jest, one-shot. :D Kajam się, bo spartoliłam robotę, przede wszystkim zajebistość Kuroo. Bije się w pierś i kończę mój bezproduktywny bełkot. No i deklaruję, że mój zryty mózg za to nie odpowiada. Napisałam to w ramach odstresowania i z piosenką „junjou koi hanabi” w głośnikach, kawałkiem, ale czo tam, mocno fazując na „Mistrza i Małgorzatę”, znów. Ostatnio mózg mi też plajtuje. Preteksty to zło. Trzymajcie się, kociaki <3

21 czerwca 2014

Jedna odpowiedź

Dlaczego tak się złościsz?
Gdy pierwszy raz usłyszał to pytanie z jego ust, nie potrafił zapanować nad rosnącymi w nim nerwami. Wysłał na wyjątkowo wyczerpującą próbę swój spokój, serwując mu trening nie do przebycia. Z jego oczu sypały się iskry. Chłonął wzorkiem każdy skrawek jego twarz, zaciskając dłoń w pieść, tak mocno, że aż knykcie mu bielały.
Idiota. Idiota. Idiota. Komplementował go w myślach za każdym razem, gdy widział tą parszywą i, jak mu się wydawało, znienawidzoną gębę. Jak można być takim idiotą? Jego system wartości nie mógł tego przetrawić, a zalane potem ramiona aż garnęły się do rękoczynów. Zgromił go chłodnym, spragnionym przemocy spojrzeniem.
— Bo dupa wołowa z ciebie, a nie siatkarz— odpowiedział, gestykulując przy tym jak oszalały. — Pokaż wreszcie na co cię stać, a nie chowaj się po kątach jak dziecko bojące ciemności, Asahi!
— Daję z siebie wszystko — zapewnił, mrugając natarczywie oczami, aby oswobodzić się otępienia po usłyszanej reprymendzie.
— To może zacznij grzać ławkę skoro tak myślisz — zaproponował, nie mając siły już wypluwać więcej śliny na krzyk. Obrócił się na pięcie, ignorując wojownicze krzyki Tanaki i spokojny głos Sawamury, proszący o spokój.
Rzucił przez ramię ostatnie spojrzenie zdębiałemu Asaniemu i splunął wyimaginowanie na podłogę, asekurując się ucieczką do szatni. Miał ochotę coś rozwalić, zepsuć, zniszczyć, unicestwić, a głowa wielkoluda była kuszącą propozycją.

*

Dlaczego tak się złościsz?
Yuu zgromił go morderczym spojrzeniem. Gdyby wzrok mógł zabijać, to morderstwo byłoby doskonałe. Bez krwi. Ze świadkiem, ale bez dowodów. Bez potrzeby konsultowania się z prawnikiem. Bez tułaczki po sądach. Bez winy i bez kary. Wprost idealne, wymarzone dla jego skołatanych, wystawionych na ciężką próbę nerwów i świecącego pustkami portfela. Protesty wyrzutów sumienia mogłyby stwarzać problem, ale czego nie robi się dla siatkówki, jego pierwszej prawdziwej miłości.
— Tylko na tyle cię stać? — Prychnął pod nosem jak rozjuszony kot, lokując swoje spojrzenie w wysłużonych adidasach. W końcu nic tak nie zajmowało, jak kontemplacja własnego obuwia.  — Nie rozśmieszaj mnie — wyrzucił na jednym wdechu, nabierając łapczywie powietrza do płuc.
— Nie spinaj się tak, Noya. — Tanaka zapobiegawczo wyszedł naprzeciw rozwścieczonego Libero, robiąc do niego minę rodem z kryminału.— Trochę szacunku do senpaiów by się przydało, nie uważasz? —  zapytał, marszcząc szpetnie czoło, które na dłużą metę bez dobrego kremu przeciwzmarszczkowego się nie obejdzie.
Noya, aby dać upust emocją, uderzył z całej siły piłką o drewniany parkiet. Urażony przedmiot podskoczył po sam sufit, przeturlał się na drugi koniec boiska i zamilkł, zgaszony w rękach zszokowanego Sugawary.
— Idę po wodę — powiedział, znajdując szybko wymówkę, aby jak najprędzej pozbyć się upierdliwych spojrzeń molestujących namiętnie jego kark. Wychodząc, nie omieszkał zatrzasnąć drzwi i wyrzucić z siebie kilka niecenzuralnych słów, usłyszanych niegdyś na podwórku.
Asahi podrapał się z roztargnieniu po nosie, terroryzujący wzrokiem zawiasy, z których wyskoczyły drzwi.
Nie wiedział jak interpretować ten gest ze strony Nishonoyi. Jak akt kapitulacji, czy tymczasowego rozejmu, a może pokoju? W ich rozpadających się relacjach było coś metafizycznego. Nie mógł tego dotknąć, ani zobaczyć na własne oczy. Subtelna nić nieporozumienia kształtująca się coraz bardziej była czymś, co można było odczuć w podświadomości, sferze, do której żaden z nich nie miał wstępu, niematerialnej, nie mającej racji buty w rzeczywistości, odseparowanej od innych członków zespołu.
Podrapał się ze zrezygnowaniem po tyle głowy. Jednego był pewny, Yuu był w gorącej wodzie kąpany.

*

Dlaczego tak się złościsz?
Pytanie odbijało się od jego czaszki, z jednego końca na drugi, jak echo, zakłócając spokój, jedyną deskę ratunku od wybuchu. Kątem oka zlustrował monstrualne cielsko Azumane, który wgramolił się do szatni zaraz po nim, usiadł na ławce i maltretował go od kilka minut wzorkiem, jakby na coś czekając.
— Po prostu to zrób — wychrypiał przez zaciśnięty zęby, robiąc się czerwony ze złości.  Może przesadzał, ale nieporadność życiowa senpaia doprowadzała go do kryzysu nerwowego.
— Co niby mam zrobić? — zapytał, drapiąc się z niezrozumieniem po dwudniowym zaroście. Noya przewrócił oczami, bliski strzelenia „facepalma”.
— Wprowadź ciętą ripostę, kajaj się na kolanach, prosi o wybaczenie, wykaż się kreatywnością — wymieniał znużony. — Cokolwiek.
— Nie chcę — zaprotestował, upijając łyk z chłodzonej butelki.
 — Jesteś masochistą? — wypalił, klapiąc obok niego na ławce. Znokautowany jego bliskością nie miał nawet zamiaru kłapać głośno jadaczką i rozsyłać po wszystkich kontach swoje zarazki. Wbił zaciekawione spojrzenie w Asahiego i zabrał mu z dłoni butelkę, pociągając z niej zdrowy łyk. — No wiesz. Żaden senpai nie daje tak po sobie jechać młodszemu o rok szczylowi.
— Nie daję, pozwalam ci na to — odparł luźno, wzruszając ramionami. 
— Dziękuję, łaskawco! — Wzniósł oczu ku niebu, w tym wypadku ku popękanemu sufitowi, lustrując na nim kilka pajęczyn. — Zrobisz to w końcu czy nie? — zapytał, wracając spojrzeniem do senpaia. 
— Hmm…? — Asahi, najwyraźniej nie rozumiejąc, spojrzał na niego jak na nowy okaz w zoo, wykrzywiając usta w karykaturze niezgrabnego uśmiechu.
Jakim trzeba być osłem, żeby nie rozumieć subtelnych, dobrze, mało subtelnych aluzji adresowanych w jego stronę każdego dnia? Noya ledwo oczy otwierał, a już smarował mu smsa na dwie strony A5, piszcząc o pierdołach wyssanych z placach, o zbliżających się zawodach, a treningu, o czymkolwiek, nawet tej durnej, wpływającej na jego samopoczucie pogodzie.
Dzisiaj było wyjątkowo słonecznie jak na porę deszczową. Słońce wpychało swoje promienie w najmniejsze szpary w zasłoniętych oknach w szatni, nie przejmując się ich prywatnością. A, Noya, mimo miłości do lodów, nienawidził nadmiernego ciepła. Doprowadzało go do szewskiej pasji. Zmniejszało odporność. Utrudniało życie. Wyssało energię. Rozbudzało agresję. Podbite oko Asahiego było na to niezaprzeczalnym dowodem, aczkolwiek mógł zwalić to spokojnie na rozszalały tor piłki.
— Dlaczego tak się złościsz? — zapytał po raz enty, wbijając nierozgarnięte spojrzenie w wielkie, niemalże kocie, oczy Yuu, tętniące wiecznym rozdrażnieniem. 
— Dlaczego?! — „Uspokój się, nikt nie może grać tak na twoich nerwach, nawet Asahi we własnej osobie”, zbeształ się w myślach, nerwowo przeczesując już trochę oklapnięte przez nadmiar potu włosy.  Niedługo ten odruch stanie się jego tikiem nerwowym. Nie miał ku temu żadnych wątpliwości. — Poważnie pytasz? — zapytał nad wyraz spokojnie, modelując swój głos tak, aby nie dać po sobie poznać, że miał ochotę zaprzyjaźnić jego drugie oko ze swoją pięścią.
  Tak, poważnie. Nie jestem jasnowidzem — przytaknął.
— Och, zamknij się, i w końcu mnie pocałuj — zrzekł się.
— Tylko tyle? — zdziwił się śmiertelnie poważnie, mrużąc oczy.
— Aż… — nie był wstanie dokończyć, ugaszony przez ledwo jarzący się temperament senpaia.
W pierwszej chwili pomyślał, że jego wyobraźnia dopuściła się najgorszej z możliwych zbrodni i postanowiła splatać mu figla. Wytrzeszczył oczy, instynktownie zaciskając kurczowo dłoń na koszulce Asahiego. Dopiero po chwili, będąc w stanie objąć ustami rozgrzane do czerwoności większe odpowiedniczki, uświadomił sobie, że to nie sen, ani wybryk jego przemęczonego ciała. Mimo że pocałunek trwał zaledwie kilka sekund, mógł wyczuć konstrukcje, ciepło i miękkość jego warg. Przywarł całym ciałem do przejmującego inicjatywę Azumane, trochę dlatego, żeby senpai nie uciekł spod kulonym ogonem, jak to miał zwyczaju, a trochę dlatego, żeby nie mógł dostrzec na jego policzkach oznak zawstydzenia. Spalił buraka po same uszy. Jego twarz płonęła. Ukrył ją w połach białego podkoszulka, napawając się upragnioną bliskością.
Dlaczego tak się złościsz? 
Było wiele powód. Mógłby je wyliczać bez końca, kształtując w myślach pretekstów bez liku, ale, konfrontując się bezpośrednio ze swoim największym indywidualnym lękiem i wykutym na nim piętnem porażki, znał doskonale odpowiedź na pytanie, które nigdy nie mogło oswobodzić się z jego gardła.
Czując jego dotyk na swojej skórze, przez jego ciało przechodził ledwo wyczuwalny, acz przyjemny dreszcz, wypełniając go falą ciepłą. Niecielesną. Dobiegającą gdzieś z zewnątrz, nagradzającą go po brzegi dobrym sampoczuciem. Asahi nie był jak cała reszta, był inny od całej reszty. Yuu od dawna wiedział, że inny nie znaczy zawsze lepszy, ale w tym wypadku po prostu to wiedział. To nie był ta jedna z przelotnych znajomości, która stopniowo zanikały, aby w końcu zniknąć w próżni. Była wyjątkowa. Jedyna na milion. Niepowtarzalna. Ta najważniejsza.
 — Nie wiem co w tobie widzę — wyszeptał, ledwo poruszając wargami. Nawet nie był przekonany czy te słowa padły z jego ust. Chciał przełamać krępującą cisza, która brzmiała nienaturalnie w jego towarzystwie.
— O gustach się nie dyskutuje — pocieszył go Asahi.
Te słowa jeszcze na długo zawisły nad nimi, tworząc ledwie wyczuwalną nić porozumienia.
Była tylko jedna odpowiedź. Najważniejsza. Asahi. Azumane Asahi. Ten głupi Asahi, który z dnia na dzień kradł mu coraz więcej powietrza z płuc, rozpylając w nim na raz tyle toksyczności ile się dało.
Jesu, teraz, bez niepotrzebnej wspinaczki na palce, mógł go zdzielić w ten zakuty łeb. Wygrał życie, zdecydowanie.


_________
Przepraszam za błędy. Jest późno. Mózg odmówił mi posłuszeństwa. Wyje w entery. Straszny ten mój potworek. Tak bardzo dawno nie pisałam. Wyszłam z prawy. Pseplasam. Chcę do łóżeczka. Ficzka dedykuję napalonym fanką gejozy z HQ. Na przyszłość można spodziewać się szajsów (shaace) i kiyohany. tylko ten pairing z kurosa mnie nie opuścił, no i Ima, ale on prześladuje mnie w snach i do mnie mówi. *trauma* Chyba chce trójkątów @_@ Kocham was <3

Edit.
Ostatnio ktoś pisał na asku, że nie może znaleźć spisu treści, więc dla wygody lekko zmodyfikowałam menu. :D
Błędy poprawiała Piegu i jej dodatkowa para oczu <3