Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pobrzask (MuraHimu) [W]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pobrzask (MuraHimu) [W]. Pokaż wszystkie posty

17 lutego 2014

Pobrzask

      *facepalm* sumimasen, sumimasen, sumimasen

„Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.” —  Joseph Conrad

 { muzyka }


3. Deklaracja
— Atsushi.
Bez zaproszenia zajmuje miejsce obok, trącając go delikatnie łokciem; rozmarzony Atsushi wygląda jak wielkie dziecko. Jest naprawdę rozkoszny.
— Hm…?
Murasakibara patrzy na niego pytające, starając się przeżuć jak najszybciej tabliczkę czekolady, którą w całości włożył sobie do ust.  
— Jesteś cały brudny.
Atsushi wie, że oczy wszystkich są zwrócone w ich strony, ale o dziwo wcale mu tu nie przeszkadza. Ma wrażenie, że od kiedy na horyzoncie pojawił się Himuro wszystkie jego problemy zniknęły jak ręką odjął.
Nie ma pojęcia, kiedy usta Tatsuyi lądują na jego własnych, ale jest to przyjemne uczucie. Wargi  bruneta smakują jak deklaracja. Murasakibara nie ma żadnych wątpliwości. Chce z nim zostać. Zostać już na zawsze

Jest na granicy szaleństwa. Nie może swobodnie oddychać. Powietrze wypuszczane do płuc kuje jak setki niewidzialnych sztyletów. Przyciska drżącymi dłońmi brzeg szklanki do ust i krztusi się szkarłatnym płynem, wypluwając wszystko z powrotem do naczynia. Przełyka głośno ślinę, czując na swoim karku coraz bardziej zniecierpliwione spojrzenie.
— Powiedział, że zabił człowieka.
Jego głos nadal jest roztrzęsiony, nie może się uspokoić. Nie rozumie też, dlaczego przyszedł akurat do niego, ale z nikim innym, nawet z Taigą, nie jest w stanie zamienić chociażby słowa; ma wrażenie, że za chwile wybuchnie płaczem, ale stara się za wszelką cenę kontrolować swoje uczucia. Łzy doprowadzą tylko do kolejnych nieszczęść — nie chce dać swojemu rozmówcy satysfakcji. 
— Ach, cały Atsushi — stwierdza po chwili mężczyzna. Karmazynowe oko błyszczy niebezpiecznie; Himuro nie zadaje pytań, bo wie, że to nie ma najmniejszego sensu, najprawdopodobniej nie doczeka się odpowiedzi. Uzbraja się w cierpliwość, zaciskając kurczowo dłoń na skórzanym obiciu fotela. Zapada niewygodna cisza.
Akashi zabiera do ręki szklaneczkę Cutty Sark i obserwuje ją z uwagą, jakby była największą atrakcją w jego prywatnym muzeum; Seijūrō lubi kolekcjonować wartościowe przedmioty, w jego domu aż roi się od skarbów i najprawdziwszych dzieł sztuki, za które koneserzy mogliby oddać nawet życia. Chroni je przed pożądliwymi spojrzeniami — Himuro nie przypomina sobie, aby mężczyzna zaprosił kogokolwiek do swojej oazy spokoju.
— Nie sądziłem, że jeszcze się tym przejmuje. — Akashi potrząsa lodem w naczyniu, jego głos jest przesiąknięty aż po brzegi nostalgią. Tatsuya tak wiele razy przebywał z tym mężczyzną sam na sam w jednym pomieszczaniu, że potrafi bezbłędnie zidentyfikować jego uczucia, wnikliwie przyglądając się prawie niewidocznym zmianą na jego twarzy. Jest górą; czerwonowłosy nie zdaje sobie nawet sprawy, że jego broni z dnia na dzień coraz bardziej się tępi; wyuczona do perfekcji maska powoli rozpada się na kawałeczki.   
— Co masz na myśli? — pyta nagle Himuro za nim gryzie się w język. Usta imperatora wykrzywiają się w grymasie zadowolenia; Tatsuyę ogarnia prawdziwa ulga. Akashi zawsze oczekuje od niego dwóch rzeczy — niepewności i strachu. Nie jest już w stanie produkować żadnego z tych uczuć w jego obecności, ale umie udawać. Nie może narzekać na brak umiejętności aktorskich, zawsze wybawiają go z poważnych opresji, a wizyty u mężczyzny z pewnością zaliczając się do takowych.  
— Stara historia. — Głos Seijūrō jest spokojny i opanowany, ale jego oczy błyszczą niezdrową ekscytacją. Zazwyczaj emanuje niesamowitą siłą, dlatego Himuro przeważnie nie potrafi powiedzieć „nie” i akceptuje wszystkie jego zachcianki. Dziś jest całkiem inaczej, Tatsuya czuje to w kościach. Dzień pachnie zmianami  — na gorsze czy lepsze, nie ma zielonego pojęcia, ale z pewnością diametralne.
— Zamieniam się w słuch — zapewnia bez krępacji, nachylając się delikatnie w stronę chodzącego utrapienia. Jest pewny jednej rzeczy — imperator ma dwie osobowości i czasem nieświadomie pozwala tej drugiej zdominować. Himuro nie raz i nie dwa doświadcza jego dobroci na własnej skórze; nie może zapomnieć, gdy podczas przeziębienia Akashi poczęstował go aspiryną i naparzył naprawdę skutecznych ziół, które natychmiast postawiły go na nogi.  
Seijūrō bez dłuższą chwilę nie wydaje z siebie żadnych dźwięków, nawet zatrzymuje swój oddech, aby po chwili załapać w bolesny, lodowaty uścisk śmierci szyję bruneta. Wykrzywia usta w psychodelicznym uśmiechu, oblizując lubieżnie górną wargę.
— Płacz dla mnie, Tatsuya, płacz tylko dla mnie — szepcze mu cicho do ucha, gryząc jego płatek.
Ręce imperatora są pozbawione delikatności, ale Tatsuya nie czuje już w nim ani grama agresywnych pobudek. Jego skóra jest przyzwyczajona do nieprzyjemnych w dotyku dłoni; zamyka na chwilę oczy, aby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia — Akashi zachowuje się tak, jakby w każdej chwili mógłby się rozpłakać z bezsilności. W jego oczach nie ma dawnego szaleństwa, jest tylko niewymowna prośba o ratunek. Himuro nigdy nie należał do ludzi specjalnie empatycznych, nie był także żadnym wróżbitą i wieszczem, ale nie musi zadawać już żadnych pytań, rozumie dramat rozgrywający się w głowie imperatora bez słów.
— Zmieniłem zdanie — mówi na wydechu prosto w jego rozwarte usta. — Twoje traumatyczne przeżycia nie mają dla mnie żadnej wartości.
— Zamilcz — grozi Akashi, wykręcając jego głowę pod dziwnym kątem — proszę — dodaje, aby zachować przed nim twarz; angażowanie się zawsze było złe, dlatego opanował manipulacje ludźmi do perfekcji.
Zgrzyta zębami ze złości, gdy Himuro wbija skostniałe place do jego policzków i uśmiecha się uprzejmie. Ma ochotę zmazać jego uśmieszek pięścią, ale powstrzymuje się od tego resztkami siły, przemoc w tym wypadku nie jest dobrym posunięciem.
— Nie musisz się tym przejmować — zapewnia Tatsuya, unosząc sugestywnie brew, jakby z niego drwił. — Zawsze lubiłem udręczone przez życie postacie. Dlatego ciebie też polubię. Z pewnością — deklaruj z półuśmiechem błąkającym się bladych ustach. Na twarzy Akahiego pojawia się niesamowita ekspresja — wykrzywia usta w grymasie zakrwawiającym o zdziwienie, a na jego policzka wytwarzają się delikatne, czerwone wypieki, kontrastujące z jego włosami. W tym momencie wygląda tak awangardowo, że Himuro żałuje, że nie zabrał aparatu.
— Jesteś moim… — syczy przez zaciśnięte zęby, ale Tatsuya popisuje się swoim refleksem; całuje jego słowa, odkrywając w sobie nowe pokłady namiętności. Ujmuje z nietypową dla siebie delikatnością twarz imperatora i wsuwa język między białe zęby, korzystając z faktu, że usta manipulanta nadal są rozwarte. Mimo że już dawno nie są dziećmi, nie chce, aby Seijūrō tworzył kolejne, piękne kłamstwo; dawno przestał być jego chłopcem na posyłki.
— Auć, to bolało — krzywi się, gdy imperator gryzie jego język aż do krwi i odsuwa się na bezpieczną odległość, korzystając z okazji, że Tatsuya nadal walczy z piekącym narządem mowy. 
Himuro Tatsuya miał posłużyć jako niezbędny eksperyment, miał pełnić rolę kolejnej marionetki, którą Akashi pociągał umiejętności za sznurki. Koniec końców miał zniknąć z powierzchni ziemi, aby Seijūrō mógł dowoli pocieszać skonfundowanego Atsushiego i uczynić z niego swój przedmiot, niezbędny do przejęcia władzy nad Tokio. Jego plan spalił na panewce, pierwszy raz tak bardzo przejechał się na swoich przypuszczeniach i spekulacjach.
Jest TYLKO człowiekiem, nie posiada boskiej ręki, natura nie obdarzyła go paranormalnymi zdolnościami, dlatego nie może ingerować w sprawy całego świata. Uświadamia sobie to powoli przy każdej nowej, zapowiedzianej wizycie Himuro, który w niewyjaśniony sposób odkrywa przed nim tą tajemnice kawałek po kawałek, burząc wysoki mur, odgradzający go szczelnie przed całym światem. Pierwszy raz jest tak bardzo niezadowolony z kontraktu, który z kimkolwiek zawarł.
Pluje sobie w brodę za każdym razem, kiedy Tatsuya wspomina co ciekawsze epizody z jego współżycia z Murasakibarą. Te elementy stają się nieodłącznym celem jego wizyt i psują harmonię, którą czerwonowłosy sam sobie narzucił, wysyłając jego dobre samopoczucie daleko świat i rozbudzając w nim dodatkową tonę agresji.   
— Co mam teraz zrobić? — Himuro jest poważny jak nigdy; patrzy i podtrzymuje kontakt wzrokowy nawet wtedy, gdy imperator mruży niebezpiecznie oczy i rani swoje podniebienie brzydkimi słowami.
— Cokolwiek zrobisz, nie spuszczę cię z oczu — zapewnia mężczyzna, świdrując go niebezpiecznie błyszczącymi oczami; jego spojrzenie pełni funkcje rentgena. Himuro  ma wrażenie, że Seijūrō jest w stanie prześwietlić wszystko na wylot — ściany, ulicę, serce i umysł. Jest naprawdę niebezpieczny, ale mimo wszystko Tatsuya nie może się nie roześmiać. Wybucha niekontrolowanym śmiechem.
Akashi unosi brwi. Pierwszy raz szuka odpowiedzi. Ten żart posuwa się stanowczo za daleko. Nie może przyjąć do wiadomości tego, że nie jest nikim wyjątkowym, nie należy do grupy jednostek wybitnych — tak naprawdę, oprócz zadawania innym niesamowitego cierpienia, niczego w życiu nie osiągnął, raniąc samego siebie jeszcze bardziej.  
— Let this be our sweet secret— odpowiada tajemniczo Tatsuya z perfekcyjnym amerykańskim akcentem, uśmiechając się z rozbawieniem.
Echo jego słów odbija się od pustych ścian. Akashi nie może wykrztusić z siebie nawet pojedynczego słowa, czuje bezgraniczne rozczarowanie — zachowanie jego zwierzątka świadczy o tym, że nie będzie ostatnim świadkiem zagłady świata. Wyrzuty sumienia pojawią się jakby zniknął. Obrazy z życia przemykają przed jego oczami jak niekompletna taśma filmowa. Pamięta dokładnie każdą swoją ofiarę — jej imię, wygląd i sposób, w jaki ją wykończył; to świadomość go pochłania. Zakrywa twarz w dłoniach, poplamionych zastygłymi kroplami krwi, których nie jest w stanie wymazać ze swojego ciała, mimo wielorakich prób nawet piekący chlor nie mógł się pozbyć charakterystycznego, metalicznego zapachu. Śmieje się histerycznie, jak stały bywalec szpitala psychiatrycznego.  
Minuty mijają szybko. Jedna. Druga. Trzecia. Czwarta. Światło gaśnie, jego serce pogrąża się w ciemności. Już na zawsze.
Upada bezsilny na lodowe kafelki i uśmiecha się krwawiącymi wargami. Ma powód do dumy. Wyhodował demona własnymi rękami i po wielu latach poszukiwań, odkrył swoją prawdziwą tożsamość — jest AŻ człowiekiem, zdolnym do odczuwania ludzkich emocji i bólu.  
— Wybacz, Seijūrō — mówi cicho Himuro, ledwo poruszając wargami. Waha się przez chwilę. Powód jest prosty — przynajmniej jeden procent powierzchni jego serca należy do imperatora.
— Goodbye my lover — żegna się przez zaciśnięte zęby. Oczy szklą się od łez. Nie bez powodu hoduje sobie w sercu miejsce dla Akashiego — być może w odległej przyszłości będzie wstanie go pokochać i pożegnać ze zrozumieniem.
Nie czuje do niego żadnych negatywnych emocji. Zyskuje dzięki niemu jeden niezaprzeczalny dowód swojego istnienia — Murasakibarę Atsushiego.


*

Himuro w akompaniamencie własnych jęków, upada bezsilny na dwuosobowe łóżko w małym, źle oświetlonym pokoju.
— P-przestań — syczy przez zaciśnięte zęby, mając wrażenie, że za chwilę się rozklei. Zaciska drżące dłonie na pościeli, starając się nie myśleć o nieprzyjemny, szorstkim dotyku Atsushiego, który rozrywa mu skórę kawałek po kawałku.
Nie ma bladego pojęcia, skąd w nim tyle agresji i nie chce wiedzieć. Zaciska mocny zęby, aby nie wrzasnąć, gdy Murasakibara rozchyla brutalnie blade nogi i wchodzi w niego bez żadnego przygotowania, zaciskając aż do krwi długie paznokcie na biodrach Himuro. 
Tatsuya jeszcze przez chwilę próbuje walczyć; wierzga nogami, przemawia mu do rozsądku, ale żadne słowa do niego nie docierają. W zamian za to, jak w amoku rzuca głową bruneta o ścianę i zagryza zęby na jego dolnej wardze, napierając coraz bardziej natarczywie na prostatę.
Tatsuya krzyczy. Drze się na całe gardło. Najpierw po japońsku, a potem, zapominając, że Atsushi nie lubi niczego, co jest związane z krajem, w którym się wychował, po angielsku; całkowicie zapomina, że ściany mieszkania są cienkie i sąsiedzi usłyszą, to nie ma najmniejszego znaczenia. Zbyt zaoferowany własną agonią nie jest w stanie myśleć o niczym. Nieświadomie traci czucie w nogach, rękach i w całym ciele. Jest zdany tylko na swojego partnera, który pieprzy go z taką siłą, o którą by go nawet nie podejrzewał.
Resztę pamięta jak przez mgłę, chociaż wolałby wyrzucić to wydarzenie z głowy i skoncentrować się na ucieczce z tego dusznego pomieszczenia owijanego smrodem krwi i spermy. Pamięta iskry szaleństwa głęboko zakorzenione w fiołkowych oczach Atsushiego, jego pozbawiony radości chichot, niedbałe słowa, że po bólu zawsze pojawia się  przyjemność. To stwierdzenie rani go do żywego — Murasakibara obrócił jego własne libretto przeciwko niemu.
Dopiero o trzeciej nad ranem Mukkun daje sobie spokój. Upada wyczerpany i zgarnia do siebie obwisłe, wycieńczone ciało kochanka, składając na jego ustach mokry, wyprany ze wszystkich uczuć pocałunek. Wypuszcza go po chwili na poduszkę i odwraca się do niego plecami, zamykając oczy. Nie jest w stanie przekazać swoich uczuć w inny sposób. Wie o tym dobrze, ale z jakiegoś powodu nie może powstrzymać łez, które natarczywie pojawiają się pod powiekami.
Ukrywa twarz w poduszce. Podarował mu wszystko — swoją dusze i ciało, powierzył mu wszystko — swój smutek i ból, swoje życie i przyszłość, oddał mu wszystko — swoje marzenia i uśmiech, dzielił z nim wszystko — sny, kuchnie, łazienkę i łóżko, całował jego usta i dotykał jego policzków. Był dla niego zawsze — w deszczowe noce i jasne poranki nie puszczał jego dłoni.  Widział go w każdej sytuacji — gdy spał, gdy się śmiał, gdy płakał, gdy kłamał i gdy żałował. Znał go na pamięć — jego lęki i fobie, to w jaki sposób przygryzał wargę, gdy myślał o czymś intensywnie i to w jaki sposób kłamał, że wszystko jest dobrze. Mógł być dla niego wszystkim — pociechą w życiu, lekarstwem na chorobę i całym życiem.
Ale teraz ma wrażenie, że przed nimi nie było już nic, żadnych perspektyw, żadnych obietnic i deklaracji. Jest sam pośrodku tłumu. Sam jak palec. Ich związek zakończył się szybciej niż się zaczął.
— Wszystko w porządku? — Zaciska dłonie w pięść; troska w głosie Himuro rani jak nóż wbity w prosto w zaślepione serce.
Tatsuya ociera rąbkiem pościeli łzy z policzków, nie mogąc oderwać wzroku od Murasakibary odwróconego do niego plecami. Muska opuszkami palców linie jego kręgosłupa i wzdycha ciężko, gdy Atsushi nie poruszył się nawet odrobinkę.
Naprawdę tak mocno go rozczarował? Naprawdę zawiódł go aż tak bardzo?
Czeka chwile na odpowiedzi, ale po chwili, zniecierpliwiony, wyswobadza się z pościeli, uświadamiając sobie, że odbył właśnie najsmutniejszych seks w swoim życiu. Narzuca na nagie ramiona podkoszulek Atsushiego, który prezentuje się na nim jak worek ziemniaków i udaje się do kuchni, chcąc poratować się kawą, którą ukrywa przed czujnym okiem Murasakibary w poluzowanej desce w kredensie.
Słowa nie mają już żadnej magii, nie są w stanie naprawić ich zepsutych relacji, mogą jedynie czekać na wspólne przebaczenie.  

*

— Atsushi.
Himuro nie może już uśmiechać się tak jak dawniej. Interesuje się plamami na ścianie, aby nie złapać kontaktu wzrokowego z purpurową parom oczu. Nie zniósłby tego. Ma wrażenie, że to rozbiłoby go na milion kawałków. Nadal pamięta iskry szaleństwa i wściekłości, które przeniknęły do źrenic kochanka.
— Nigdy więcej tutaj nie przyjdę — mówi w końcu, dbając o to, aby głos mu się nie złamał; jakiekolwiek tłumaczenie nie ma już żadnego sensu. Wszystko co powie zabrzmi jak najprawdziwsze kłamstwo. 
— Nie musisz, Murochin — zapewnia po chwili Murasakibara, mieszając niewzruszony łyżką w rondelku.
— Co masz na myśli?
„Czyżby już dawno to zauważył?”, przymyka mu przez myśli, „Czyżbyś zauważył, że jestem tylko człowiekiem, Atsushi?”
— Dziś już nikt nie wyjdzie z tego mieszkania, Murochin, nikt z niego nie wyjdzie — zapewnia Atsushi i uśmiecha się promienie; ten uśmiech nie pasuje do jego flegmatycznej postawy. Wygląda komicznie.
— Przywiążesz mnie do łóżka? — pyta z udawanym rozbawieniem Himuro.
Popija poranną kawę i stara się skupić na krótkim artykule o zwłokach mężczyzny, znalezionych nad ranem w jego mieszkaniu. Bezapelacyjnie jest to morderstwo z premedytacją, ale o dziwo ani dozorca, ani tym bardziej  kamery nie zarejestrowały żadnego nieproszonego gościa, ba, nikt od wielu lat nie nachodził właściciela mieszkania w jego dobytku. Tatsuya mimowolnie się uśmiecha, przełykając łyk swojego życiodajnego napoju. Za jego zdrowie.
Murasakibara podchodzi do niego i opiera podbródek na odsłoniętym obojczyku, zerkając przez jego ramię.  
— Ararara, zabiłeś go, prawda? — pyta z nietypowym spokojem, przyciskając usta do skroni kochanka.
— Chciałem, abyś znów mi zaufał, Atsushi — odpowiada spokojnie na jego pytanie.
„Czybyś przewidział moje zachowanie? Czyżbyś tak naprawdę sam tym wszystkim pokierował? Chciałeś, żebym go zabił, tak jak ty zrobiłeś to w gimnazjum?”, myśli Himuro krążą tylko wokół tych przypuszczeń, ale nie chce się nimi dzielić na głos. Powód jest prosty — ból, który zakorzenił się w Atsushim, nadal w nim tkwił — niewyraźny, niemalże niewidoczny, ale nadal obecny. Nie chce znów powoływać go do życia.
— Nie ma takiej potrzeby, Murochin — zapewnia Mukkun, przykładając do szyi swojego ukochanego ostry, połyskując w sztucznym świetle kuchennej lampy nóż. — W takim sposób będziemy razem. Będziemy razem już na zawsze. 
 Akashi Seijūrō nie żyje; największe zagrożenie ich związku już nie istniało i tylko to się teraz liczyło.

*

Nad znienawidzonym przez Atsushiego Tokio zachodzi właśnie chłodne, jesienne słońce i znika szybko za horyzontem. Granica między dniem a nocą się zaciera. Brzask zostaje zagłuszony przez hardy ciemności nacierające ze wszystkich czterech stron.
Himuro uśmiecha się krzywo — pamięć o czasach, w których był szczęśliwy z Murasakibarą nawet teraz ogrzewają delikatnie jego serce, emituje od nich niesamowita, niezaprzeczalna siła, która jest w stanie przytłoczyć jego zepsute myśli. Przytula do siebie jego zimne ciało i całuje w wielkie czoło, zgarniając kilka zabłąkanych purpurowych kosmyków za ucha.
Poszarpane serce Murasakibary kaleczy jak szkło, ale Tatsuya mimowolnie się uśmiecha, dotykając wskazującym palcem zmarzniętego policzka chłopaka. Jego oczy nadal krzyczą z całych sił „nadal tu jestem!”, nawet jeśli został uwięziony przez ból; Himuro cieszy się, że mógł być świadkiem jego wskrzeszenia.
— Gdybyś wiedział jak się kocha, Atsushi, potrafiłbyś się uśmiechać? — Trzymając jego dłoń w lekkim uścisku ma wrażenie, że nie jest aż tak źle jak myślał; może jeszcze nie jest za późno, aby wszystko połatać i naprawić.
Pobrzask księżyca wypełnia pokój. Himuro nie oczekuje od niego żadnych słów. Po prostu nie chce, aby był dużej sam. Chce zabrać go z tego miejsca. Z miejsca, w którym nie było nigdy żadnej miłości.
Koniec.
___________________
*chowa się pod biurko* Dziękuję każdemu, kto został z tym opowiadaniem do końca. Zjebałam go, ale i tak go uwielbiam, bo MuraHimu, nieżyjący Akash i wszystko jasne ♥ I, co najważniejsze, udało mi się go ukończyć zgodnie obietnicą — do końca ferii.
Wow. Pierwszy raz zdarza mi się dotrzymać ustalonego terminu. Wow. Tak bardzo się cieszę. xD Chcę trochę nadrobić fandomem DnA, dlatego póki co Kuros idzie w odstawkę, chyba, że Yoseny mnie zainspirują ^____________________^
Zapraszam na mojego nowego blogaska, „Ze szkła”; gejoza w realiach Harry'ego Pottera, głownie JamReg ♥, ale też Barty x Evan i luźne nawiązanie do Syriusz x James, Barty x Regulus i broromance Syriusz x Regulus. Myślałam też nad Syriusz x Severus, ale chyba nie dam rady poprowadzić Snape'a, za ciężki kawałek chleba ^^' Niedługo pojawi się tam pierwszy rozdziałek. xd Pozdrawianka ;*

7 lutego 2014

Pobrzask

      „Ci ludzie nawet kochają, tak jakby nienawidzili.” — Fiodor Dostojewski.

{ muzyka }

2. Prototyp
— Wymiana? — pyta niepewnie, przypatrując się z uwagą krótkim, zmierzwionym przez wiatr włosom; nie wie, jak powinien traktować jego słowa — jak jeden wielki niesmaczny dowcip, czy może jak prawdziwy i niezachwiany dowód, że stoi przed nim prawdziwy psychopata, któremu do szczęście brakuje tylko mocnych psychotropów i pomieszczenia bez klamek; nie zna go aż tak dobrze, aby oceniać, ale ma wrażenie, że zmaga się z naprawdę poważanymi zaburzeniami psychicznymi.
— Tak, wymiana — przytakuje cierpliwie, wykrzywiając usta w cynicznym uśmiechu. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że jego rozmówca nie prosi, tylko żąda; już dawno podjął decyzje i czeka cierpliwie aż Himuro się do niej grzecznie przystosuje. — Za jego życie twoje życie, przecież to prosty rachunek — mówi, wzruszając ramionami. Wykrzywia usta w delikatnym grymasie, który mógłby uchodzić za uśmiech, ale Himuro przypomina bardziej oznakę niestrawności; nie ma wątpliwości, że na jego drodze właśnie pojawił się diabeł w ludzkiej skórze.
— To brzmi jak transakcja — warczy pod nosem;  pierwszy raz daje się uprowadzić złości na oczach kogokolwiek i jest na siebie wybitnie zły; nie ma pojęcia, gdzie podziewa się jego spokój, wie tylko jedno: musi chronić osobę, na której mu zależy. Osiągnął już zbyt wiele, aby się wycofać.  
— Nazywaj to jak chcesz, nie przeszkadza mi to — zapewnia i miażdży w dłoniach komara, który chciał posilić się jego krwią.
Z okresu dzieciństwa oprócz blizn została mu także odwaga, dlatego Himuro wyłącza myślenie i po chwili zgadza się na jego warunki.
— Chcę tylko jednego — mówi cicho. —  Chcę, abyś przestał nachodzić Atsushiego.

Telefon wykonany na szybko. Wymiana paru chaotycznych zdań. Sztuczny spokój, który ma na zadanie uspokoić własne wyrzuty sumienia. Dźwięk przerwanego połączenia. Przedłużająca się coraz bardziej cisza.
Ma marzenie. Chce scalić się ze ścianą. Odseparować od życia. Zniknąć z powierzchni ziemi. Udawać, że nie istnieje. Przestać być przyjacielem dla wszystkich i utożsamiać się z pieprzonym, niewzruszonym kwiatem lotosu. Pozbyć się chorego entuzjazmu, który jest jego prywatnym kompleksem. Chce żyć jak każdy, przeciętny Japończyk. Bez żadnych „ale”. Z masą pomysłów na przyszłość.
To nie miało być tak, do cholery. Ma wrażenie, że upada, coraz niżej i niżej, jak cholerny kamień w wodę, że ktoś już dawno powiesił mu na chudej szyi sznur i tylko bardziej go ściska. Sam kopie sobie grób, buduje szubienicę własnymi rękami; oprócz krwi nie widzi nic więcej. Rozkład pochłania go coraz bardziej i bardziej.
Ściska w drżących dłoniach kubek, z którego już dawno wyparowało ciepło i żałuje, że zamiast zwyczajowej kawy nie napił się melisy na skołatane nerwy. Uśmiecha się z rezygnacją, wbijając spojrzenie w kierownice; kiedyś ciepły, szorstki dotyk kochanka działał na niego kojąco, jak najwyższej jakości lek na nerwy, teraz sprawia tylko, że nie może pozbierać myśli. Ma wrażenie, że życie coraz bardziej go nienawidzi; z dnia na dzień skutecznie rujnuje równowagę, wysyłając jego spokój na wakacje. Przeciera oczy ze zmęczenia i upija łyk z białego, plastikowego kubka, wzdrygając się gwałtownie; kawa jest zimna, pozbawiona jakiegokolwiek smaku.
Wzdycha głęboko i wyciąga z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Uświadamiając sobie, że nie ma siły walczyć z nałogiem, wyciąga jednego i przygląda mu się uważnie przez pewien czas, zastanawiając się, czy było warto, ale jest tylko jedna odpowiedź na pytanie. Wkłada pałeczkę tytoniu do ust i zapala ja zapalniczką, która pozostawiła na jego ramieniu ślady poparzenia. Odpowiedź nie pada.
Rozdziewicza papierosa i zamyka oczy, delektując się zbawczym dymem, który pochłania każdą powierzchnie płuc. Nie zwraca uwagi, gdy wypuszcza kubek z ręki; to nie ma już najmniejszego znaczenia. Zaciska miedzy zębami peta; jest jednym lekarstwem na wszystkie smutki.
Utknął w martwym punkcie; powinien dać się zabić, gdy los dawał mu na to szansę, a nie szwendać się po mieście ze skrzywioną psychiką, z milionem zmartwień na karku, wielkoludem czekającym na niego o każdej porze dnia i nocy, z paroma tysiącami jenów w kieszeni, bagażnikiem zakupów, nielegalnym romansem, który wpakował sobie do łóżka na własne życzenie i poczuciem winy, z którym zmaga się przeszło trzy lata i za żadne skarby nie potrafi sobie z nim poradzić.
Przy życiu utrzymuje go już tylko dług wdzięczności, który zaciągnął u swojego prywatnego koszmaru i wyrzuty sumienia, które pielęgnował, aż doszły do stanu, w którym nie może kiwnąć chociażby placem, aby wyprostować emocjonalną, oplatającą go skutecznie więź
Himuro chichocze histerycznie, diagnozując chorobę, która zmusiła go do tego wszystkiego; samotność. Ale wie, że dziś jest ostatnia szansa, aby postawić sprawę jasno. Nie może uciekać się do niedomówień. Coraz trudniej przychodzi mu patrzenie wprost w fiołkowe oczy, które lokują w nim wszystkie nadzieje; kiedyś błyszczały niesamowitym ciepłem, ale ma wrażenie, że ten blask do niego już nie dociera, a tej osoby już dawno nie ma.
Zbyt wiele kłamstw nagromadziło się na siebie, zakłócając cały światopogląd, w który wierzył. Teraz już tylko chce wierzyć, ale zdaje sobie równie mocno sprawę, że nie powinien oczekiwać od życia sprawiedliwości; jest zdecydowanie za późno, aby cokolwiek zmienić. 
Stojąc na klatce schodowej, która sprawia, że dzisiejsze śniadanie podchodzi mu do gardła, stara się uciszyć zdrowy rozsądek, nakazujący ewakuacje z tego miejsca w trybie przyspieszonym. Eliminuje z głowy sygnał nakazujący odwrót i wspina się po stromych, brudnych schodach. Na jego ustach pojawia się cień wymuszonego uśmiechu. Zbiera w sobie ostatnie pokłady odwagi i składa wizytę pechowi, pobudzając do życia wszystkie lęki.
Wraz z wejściem do środka nie ma już mowy o ucieczce. Jest tego boleśnie świadom, dlatego jego myśli krążą już tylko w jednym kierunku; musi jak najszybciej zniknąć z jego życia.
— Pogoda daje w kość — skarży się z uśmiechem na ustach, wchodząc do mieszkania z reklamówką produktów odżywczych w jednej ręce i za świeżym pieczywem w drugiej; charakterystyczne skrzypienie sprawia, że pot zbiera się na jego karku. — Powinniśmy pójść na spacer — proponuje, zdejmując buty; nie ma pojęcia, czy Atsushi w ogóle wychodzi na świeże powietrze, ale znając jego możliwości twórcze wcale tego nie robi, uzależniony od przesiadywania całymi godzinami nad paczką chipsów.
Himuro, zaniepokojony tym, że nie otrzymuje żadnej stosownej odpowiedzi, zerka do sypialni i wzdycha głęboko na widok zmożonego przez sen Murasakibary, przykrytego po same uszy ciepłym kocem; w mieszkaniu panuje przeraźliwy chłód. „Pewnie znów nie włączył ogrzewania”, przemyka mu przez myśli. Nie cierpi, gdy Atsushi bagatelizuje swoje zdrowie; już raz wylądował w szpitalu, pokonany przez ostre zapalnie płuc.
Księżyc oświetla pokój i Tatsuya mimowolnie unosi kącik ust do góry; nie może uwierzyć, że w tym samym pustym, pozbawionym radości pokoju, kiedyś potrafili się śmiać i rozmawiać do samego rana, nie przejmując się tym, że ich uczucia sukcesywnie umierały. Himuro nie wie, kiedy dokładnie przestał cokolwiek czuć do Murasakibary, ale ma wrażenie, że uderzyło go to tak, jak grom z jasnego nieba; z dnia na dzień wszystkie uczucia wyparowały, pozostawiając po sobie jedynie niesmak i żal. 
Odkłada zakupy na drewniany stolik, przy którym piją herbatę w mroźne dni; Atsushi z jakiegoś powodu nie toleruje w swoich żyłach kofeiny, dlatego też nawet Tatsuya postanawia w jego obecności ograniczać kawę i zamiast tego zaspokaja swoją potrzebę kofeiny kilkoma puszkami pepsi. 
Podchodzi do pogrążonej w śnie sylwetki; Atsushi nie jest pokryty ramienicami, oddycha spokojnie, równomiernie, nie chrapie, dlatego Tatsuya z czystym sumieniem przyznaje, że wygląda jakby zmarł. Pochyla się na jego bladym policzkiem i składa na nim zimny, pozbawiony jakichkolwiek kolorów pocałunek; ma wrażenie, że już dawno odebrano mu uczucia.
— Obudź się, Atsushi — mówi cicho, potrząsając lekko ramieniem wielkoluda, ale tak naprawdę nie chce, aby zaczął kontaktować ze światem żywych. Robi to tylko dlatego, aby potem powiedzieć ze sztucznym uśmiechem na ustach „przecież próbowałem”, gdy jego kochanek zacznie się buntować, że go nie obudził. Czuje najprawdziwszą ulgę; Murasakibara ani drgnie, topiąc swoje marzenia w snach.
Himuro nie potrafi się już rozczulać nad śpiącą twarzą ponad dwóch metrów, mimo że kiedyś podczas swoich bezsennych nocy był w stanie robić to do białego rana. Teraz może stwierdzić już tylko jedno: zdecydowanie woli „purpurową różę” w tej wersji; jest dwa razy spokojniejsza, nie wymaga opieki, wyimaginowanych słów i żadnych deklaracji.
— Śpij spokojnie — szepcze cicho do jego odsłoniętego ucha, zabierając ze stołu reklamówki ze świeżym zapasem żywności. Z przykrością stwierdza, że taki stan rzeczy jest mu na rękę; nie musi się spowiadać, dlaczego przyszedł trzy godziny po umówionej porze, nie musi szukać winy w ciągnacych się w nieskończoność sklepowych kolejkach.
Tatsuya dobrze pamięta, że jest jedyną osobą, która może wyciągnąć Atsushiego z tych czterech ścian i zaoferować mu rozrywkę w postaci wizyty w domu handlowym czy wesołym miasteczku; nie może nie zapomnieć, że kiedyś w drodze do parku rozrywki śmiali się jak szaleni z głupich dowcipów, a w drodze powrotnej Mukkun był tak wykończony, że aż zasnął w samochodzie i Himuro był zmuszony wytargać go na ósme piętro. 
Teraz ma wrażenie, że te wspomnienia są tylko odległym zapychaczem, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością, ale nie żałuje; nadal lubi spoglądać na zamyślaną twarz Atsushiego, który, przygryzając język w akcie zmyślenia, spisuje listę swoich ulubionych potraw, robi to z taką dumą, że śmiech sam ciśnie się na usta. Jednak nie może pozbyć się wrażenia, że po drugiej stronie drzwi do mieszkania nie ma już nic, oddziela ich gruby mur niedomówień i wspólnej niechęci.
Himuro zdaje sobie sprawę, że sieć kłamstw, która owinęła szczelnie kochanka jest zbyt gruba, nie ma od niej żadnej drogi ucieczki; nie ma zielonego pojęcia jak powiadomić go z pogodnym uśmiechem na ustach, że pogrzebał swoje uczucia w żelaznym uścisku osoby, której obaj nie znosili. Nie potrafi wyznać prawdy, boi się jej, boi się przyznać sam przed sobą, że zniszczył jedyną szansę na wydostanie się z tego piekła.
Prawda dochodzi do niego powoli. Nie śpieszy się. Bez żadnego skrępowania przejmuje kontrolę nad jego ciałem. Czeka na odpowiedni moment. Atakuje. Niszczy. Grzebie jakiegokolwiek nadzieje. Kradnie szansę na zaczerpniecie oddechu. Zabiera wszystkie uczucia. Aż nie pozostaje nic innego prócz kłamstw, kłamstw i jeszcze więcej kłamstw.
Mimo że obwinia za wszystko pozbawionego iskry życia Murasakibarę, w głębi serca wie, że jest sam sobie winien. Nie mogą wrócić do tamtych dni. Już nigdy nie wrócą, bo tak naprawdę nie mają do czego wracać. Granica odgradzająca miłość od nienawiści jest naprawdę bardzo cienka.
— Muro-chin, zraniłeś się.
Zaniepokojony, rozleniwiony głos skutecznie sprowadza go na ziemie. Wzdryga się gwałtownie. Spogląda na swoją dłoń i wykrzywia twarz w nieprzyjemnym grymasie, mamrocząc pod nosem coś, co znaczy „ach, masz rację”. Z krwawiącego palca nie czuje ani odrobiny bólu. Syczy bezgłośnie, gdy Murasakibara z nieświadomą delikatnością ujmuje jego dłoń i wkłada sobie jego wskazujący palec do ust, ssąc go z wyczuciem. Czując jak plecy zostały potraktowane przez przyjemny, ciepły dreszcz, mimowolnie się uśmiecha.
— Nie przejmuj się mną, głuptasie — mówi, starając się zachować spokój. Dba o każdy szczegół — głos mu nie drży, jest z siebie piekielnie dumny. — Już wszystko dobrze, Atsushi — zapewnia i odkłada nóż, czochrając po włosach zgiętego w pół wielkoluda.
— Muro-chin — zagaduje po chwili Murasakibara, składając na spierzchniętych ustach partnera pocałunek. — Niedługo masz urodziny. Mieliśmy zwyczaj mówienia sobie, co chcemy.
— Pamiętasz? – dziwi się Himuro, unosząc brew; zawsze traktuje Murasakibarę jak egoistę, dlatego nie może ukryć zdziwienia, kiedy padają z jego ust słowa brzmiącego jak obietnica.
Niezadowolony Atsushi robi klika kroków w tył, zachowując bezpieczną odległość i przypatruje się uważnie swojej drugiej połówce; podrywa się gwałtownie na dźwięk nieznanej melodii i wbija pytające spojrzenie w Himuro.
— Muszę odebrać — mówi szybko Tatsuya i wysyła przepraszający uśmiech w stronę wielkoluda, ściskając w dłoni telefon; Murasakibara przytakuje niechętnie i oddala się niepośpiesznie do sypialni. Nie ma sensu pytać, kto dzwoni i po co musi odbierać koniecznie teraz; mimo że Murasakibara nie jest już dzieckiem, nie rozumie systemu dorosłych.
Himuro odprowadza jego sylwetkę do samych drzwi, czując jak zalewa go fala prawdziwej ulgi. „Wymyśli coś, do cholery, za nim się domyśli”, jego głowa w zastraszającym tempie wypisuje czarne scenariusze; nie wie, kiedy z optymisty zmienił się w prawdziwego pesymistę, ale to nie ma znaczenia.
 Prycha zirytowany pod nosem i jednym przyciskiem ucisza protesty budzika, którego zapomniał wyłączyć; nie może przyznać przed samym sobą, że jego cały arsenał argumentów zaczyna sypać się w odstraszającym tempie; niczego od Atsushiego nie oczekuje, jego urodziny to tylko pretekst do powstrzymania rozmowy, która nie klei się od dobrych kilku dni.
Zaciska dłoń na obrączce, która zwisa swawolnie z jego szyi na srebrnym łańcuszku i potrząsa delikatnie głową, aby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia. Ale jest boleśnie świadom, że to w niczym nie pomaga.
— Taiga, jak dobrze, że mnie teraz nie widzisz.
To miejsce nie może dłużej nazywać swoim domem.

W tym związku miłość przestała istnieć już dawno temu. Kieruje nimi tylko nieznane pożądanie, chora tęsknota za ciepłem i bliskością drugiej osoby. Murasakibara mruży z zadowoleniem oczy i mamrocze coś niezrozumiałego pod nosem.
Smukłe palce wolno błądzą po szorstkiej skórze, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Ich droga jest chaotyczna; sunęły od obojczyku aż po klatkę piersiową, zatrzymując się dopiero na pępku, ale za nim to następuje, manipulują przez chwilę sterczącymi od ekscytacji sutkami. Od Himuro zawsze emanuje naturalne ciepło, które sprawia, że jego ciało pokrywa się gęsią skórką. Nie może powstrzymać jęku, który wydostaje się spomiędzy dużych warg. 
— Kocham cię — deklaruje, przesuwając językiem po płatku ucha kochanka, nadgryza je, zaciskając na nich delikatnie zęby i uśmiecha się, gdy zostaje nagrodzony pojedynczym stęknięciem; zna jego słabe punkty na pamięć. 
— Cieszę się — zapewnia Tatsuya; słowo „kocham cię” z trudem przechodzi mu przez gardło, dlatego woli zachować je na sytuacją kryzysową, zamiast tego wysyła w stronę Mukkuna radosny uśmiech, który ćwiczy nieprzerywalnie od dwóch miesięcy przed lustrem; nie jest idealny, ale wystarczy, aby jeszcze przez chwilę zwodzić go za nos.
Z delikatnością pokonuje każdy centymetr ciała wielkoluda, czując jak wypełnia go coraz dotkliwej poczucie zawodu; Mukkun nie prezentuje się już jak sportowiec z prawdziwego zdarzenia, jego ciało jest prawie pozbawione jakichkolwiek mięśni, zamiast nich jest pokryty tkanką tłuszczową, wynik obżerania się całymi dniami słodyczami daje o sobie znak. Powinien o siebie zadbać — pójść na siłownie, na pływalnie, pobiegać, pojeździć trochę na rowerze, cokolwiek, aby utrzymać stałą wagę; jak tak dalej pójdzie, Himuro nie ma żadnych wątpliwości, skończy z nadwagą szybciej niż zda sobie z tego sprawę.
— Kupisz jutro truskawki, Muro-chin? — zagaduje po chwili Atsushi, zaciskając dłoń na pobudzonej męskości swojego wybawiciela; jest twarda i nienaturalnie duża, brakuje jej już nie wiele, aby osiągnęła upragnione spełnienie. Nakreśla językiem linie jego żuchwy, aby po chwili przenieść usta na jego szyję; wyczuwa jabłko Adama i zachowuje przy nimi niezwykłą ostrożność; kolejny fetysz partnera zostaje zdemaskowany.
Himuro chichocze cichutko pod nosem, przymykając na chwilę oczy pod wpływem niebezpiecznych pieszczot zadawanych przez wielkoluda; jego dotyk nie kręci go tak jak kiedyś, wszystko jest wymuszone, nawet serce nie chce poddać się chwili uniesienia, tylko penis reaguje impulsywnie, zdradzając swoje zainteresowanie i łaskotki zawsze pozostają na swoimi miejscu.
— Nie chcesz tortu? — pyta zawiedziony Atsushi i uśmiecha się za aprobatą, gdy Tatsuya porusza biodrami w rytm ich przyspieszonych oddechów.
— To nie tak — parska śmiechem na widok zdziwionej twarzy Murasakibary; nie jest w stanie znienawidzić jego natury dziecka, bezwarunkowo ją pokochał.  — Zima zbliża się szybkim krokiem, nie tak łatwo dostać truskawki — tłumaczy, bawiąc się fioletowym kosmykiem, który drażni jego klatkę piersiową.  — Poza tym nie możesz myśleć o jedzeniu dwadzieścia cztery na dobę. Nie wtedy, gdy…
Urywa szybko, gdy Murasakibara kradnie mu ciche westchnienie; Mukkun wymanierowanym gestem porusza ręką w górę i w dół, w górę i w dół, podrażniając długimi palcami męskość, jest bliska eksplozji.
— Nie myślę, Muro-chin — zapewnie i pochyla się nad nim, traktując językiem jego szyję. Jest tak pochłonięty, że nawet nie zauważa nieprzyjemnego grymasu, który przechodzi przez twarz Himuro.
„Wiem, że nie myślisz, gdyby tak było, nie musiałbym się zmuszać do…”, wzdycha jeszcze głośniej, gdy Murasakibara pociera palcami o wrażliwą główkę, „nie musiałbym się zmuszać do najsmutniejszego seksu w życiu”.
Atsushi zahacza zębami o bladą skórę, zostawiając na niej czasem ślady swojej obecności i konsekwentnie milczy na widok obcej malinki, która ozdabia obojczyk kochanka; zaciska łagodnie palce na nabrzmiałym członku partnera, aby po chwili rozkoszować się cichym jękiem.
— Kocham cię — szepcze Himuro, zaciskając dłonie na pościeli; to wystarcza. Murasakibara pochyla się nad jego twarzą i przylega do jego ust, rozgrzewany przez ciepły oddech. Powolny pocałunek sprawia, że ogarnia ich kolejna fala pożądania, długi język leniwe wsuwa się w rozchylone usta i drażni podniebienie, ogromne dłonie błądzą po ciele, nie zapominając o każdym najmniejszym zakamarku, aż w końcu zatrzymują się na biodrach; zaciska na nich palce i zatrzymuje się.
Patrzą sobie w oczy, kontakt wzrokowy trwa długo i nieprzerywalnie, towarzyszy im tylko cisza, przerywana od czasu do czasu przez obecność ludzi na klatce schodowej i sąsiednich mieszkaniach; nieszczelne ściany przepuszczają każdy najdrobniejszy dźwięk. 
Murasakibara, czując jak ciepło kumuluje się w jednym miejscu, nie może już dużej sterczeć nad drżącym pod nim ciałem i ignorować swojej ekstazy; Himuro odchyla nogi i wpuszcza go do środka, koncentrując swoją uwagę na plamę wilgoci, która zdobi popękany, biały sufit.
Atsushi leniwie wciska się w niego i porusza się z wyczuloną delikatnością, starając się pokonać fasady mięśni bez niepotrzebnego uszczerbku na zdrowiu Himuro. Tatsuya zamyka oczy, pozwalając z nietypową uległością, aby dwadzieścia placów złączyło się ze sobą w mocnym uścisku. Czuje jak gorąco atakuje jego policzki, przez chwile ma wrażenie, że spłoną od tych nagłych pokładów ciepła, ale szybko zostają ugaszone przez chłodny język wielkoluda, który dotyka rozgrzanej skóry, dbając, aby się szybko schłodziła.
  Otwórz oczy, Muro-chin — prosi cicho Atsushi; Tatsuya nie ma pewności, ale ma wrażenie, że wyczuwa w tonie jego głosu nutę złości zabarwioną lekkim rozbawieniem. Posłusznie otwiera oczy i uśmiecha się delikatnie, pozwalając, aby z jego ust ulatywały ciche westchnienia i głośniejsze jęki.  
Murasakibara nieznacznie przyspiesza, porusza się w nim coraz szybciej i szybciej, burząc delikatny rytm. Himuro zaczyna brakować tchu, nie jest w stanie złapać oddechu, ciepło atakuje każdą komórkę ciała, ostry ból dominuje nad przyjemnością.
— A-atsushi — cicho szepcze jego imię, ale reszta słów zostaje przerwana przez wrzask, który wydostaje się z jego gardła, gdy wielkolud napiera na prostatę; łapczywy pocałunek przerywa nieprzyzwoity dźwięk.
— Jeszcze chwilka, Muro-chin — zapewnia Atsushi; nie zdaje sobie sprawy, że zadaje mu ból w najczystszej postaci, sam czuje przyjemność. Jest na granicy. Tylko chwila dzieli go od spełnienia; ma wrażenie, że to najdłuższy seks w jego życiu. Zamyka oczy i z leniwym uśmiechem przyklejonym na ustach eksploduje, traktując swojego ukochanego ciepłą spermą.
— Zejdź ze mnie, Atsushi — mówi roztrzęsiony Tatsuya, próbując się uspokoić, ale Murasakibara  przyciska ciepłe ciało kochanka do materaca i wiąże je w uścisku, kładąc głowę na chudej kalce pierwszej; praca serca Himuro jest szybka i nieprecyzyjna, jak zużyty silnik.
– Kocham cię — zapewnia Murasakibara, zgarniając sklejone przez pot ciemne włosy za ucho. Himuro przeważnie pachnie wiosną i miodem, dziś jest przesiąknięty intensywnym zapachem polnych kwiatów i dymem, który nieprzyjemnie podrażnia jego zatoki. Nie może pozbyć się wrażenia, że obcy aromat na skórze mężczyzny świadczy o tym, że w jego życiu obecna jest osoba trzecia.
Atsushi kręci nosem z niezadowolenia i otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale refleks Himuro jak zwykle nie ma sobie równych. Pięć palców szybko przeczesuje purpurowe włosy. Usta łączą się w precyzyjnym pocałunku; Tatsuya przez chwilę pozwala, aby ich języki powalczyły o dominacje, ale po upływie dziesięciu sekund odpuszcza i pozwala, aby ciało Murasakibary ciasno do niego przywarło. Czując na szyi nierówny oddech; otwiera szeroko oczy ze zdziwienia.
— Coś się stało, Atsushi?
Troska w glosie Tatsuyi tak bardzo imponuje wielkoludowi, że myśl o potencjalnej zdradzie znika z jego głowy tak szybko jak się pojawia. Uśmiecha się delikatnie w odpowiedzi, zrzucając całą winę na wyniszczony przez brak snu organizm.
— Spaaaaać mi się chce.
Atsushi w akompaniamencie głębokiego ziewnięcia przeciąga sylaby, a po chwili zamyka oczy, aby podkreślić wartość swoich słów. Himuro przyciska usta do jego skroni i szepcze cichutko „dobranoc”.
Na jego twarzy pojawia się ulga. Naiwność Murasakibary nie zna granic.
Czeka cierpliwie aż zaśnie i wydostaje się z łóżka, czując ostry ból, atakujący każdą komórkę, ale nie narzeka. Traktuje to jako pokuta za swoje grzeszy.


Atsushi opiera się o ścianę prysznica i zgrzyta zębami ze złości. Nie potrafi zidentyfikować bólu, który rodzi się nieświadomie w jego piersi, ale nie ma wątpliwości, że hoduje się w nim pod wpływem dzisiejszych wydarzeń; to świadomość nie chce dać mu spokoju, przejmuje kontrolę nad jego myślami, zniewala, unicestwia wszystkie uczucia i odseparowuje dziecięcą naiwność, która wypełnia jego życie od chwili narodzenia. W jednej minucie wszystko staje się jasne; nie może wymazać z głowy obrazu oparzeń na ramionach ukochanego i kilku dużych malinek, wyglądają dokładnie tak, jakby ktoś z premedytacją podpisywał swoją własność, tylko jedna osoba jest do tego zdolna. Murasakibara nie ma już żadnych złudzeń.
Himuro jest ucieleśnieniem świętości, tylko wtedy, gdy sam na niego patrzy, ale teraz, stojąc tuż przed nim, nie może powiedzieć tego samego. Nie może dużej patrzeć na niego jak na anioła, który spadł na ziemię, aby uchronić go przed autodestrukcją; Tatsuya jest taki sam jak on — ma wady i zalety; nie należy do żadnej konstelacji gwiazd, nie jest częścią piedestału.
— Nie musisz już dużej zmuszać się do uśmiechu — mówi w końcu, zastanawiając się niechętnie dlaczego Himuro potrzebuje aż tyle wody, aby zmyć jego obecność ze swojego ciała; mimo że nie jest osobą, która zwraca uwagę na tarczę zegara, ma wrażenie, że mężczyzna siedzi w łazience dwa razy dużej niż zazwyczaj.
— Mówiłeś coś?
Murasakibara zaciska mocno dłonie w pięść, aby powstrzymać się od kolejnego wybuchu agresji. Nie wie, kiedy tak bardzo się od siebie oddalili. Nie może pozbyć się wrażenia, że Himuro nie jest już chodzącym ideałem; jest prototypem jutra.
— Nie chcę, abyś udawał, że wszystko jest dobrze.
Tatsuya nabiera wrażenia, że głos mężczyzny jest coraz słabszy, ale konsekwentnie milczy, nie chcąc, aby Atsushi jeszcze bardziej upodobnił się do siebie z przeszłości. Szoruje zawzięcie plecy z pedantyczną dokładnością, zerkając na łańcuszek z pierścionkiem w mydelniczce.
Ile tak naprawdę lat minęło dokąd stał się częścią życia Murasakibary? Nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale ma świadomość, że jeśli potrwa to chociaż chwilę dużej, obydwaj utoną w bezgranicznych otchłaniach szaleństwa.
— Muro-chin.
Twarz Murasakibary pojawia się tuż przed jego twarzą. Himuro przykłada sobie ręce do ust, aby nie krzyknąć. 
— Atsushi, muszę ci coś powiedzieć…
— Nie musisz nic mówić, Muro-chin, wszystko rozumiem — zapewnia, chociaż sam zainteresowany szczerze wątpi. — Też zabiłem człowieka.
Uczucie dejavu jest tak potworne, że Tatsuya nie może pozbyć się wrażenia, że od Murasakibary emanuje niezdrowa aura psychopaty, ale w głębi serca odczuwa najprawdziwszą ulgę — powoli znów staje się człowiekiem.
— Chciałem cię po prostu kochać, Atsushi — mówi cicho, powstrzymując się od słonych łez.
Murasakibara kładzie palec na usta swojego partnera; „Kocham cię” nie dociera już do żadnego z nich.
________________________________________
Zgodnie z obietnicą rozdział przed ostatni; teraz powinno być już wszystko jasne :D A może tylko dla mnie jest *myśli* Sama nie wiem, ale mam wrażenie, że poziom spadł drastycznie. Rozdział jest o wiele dłuższy od pierwszego, ale kolejny będzie krótszy (chyba). Oksy. Ten ficzek od samego początku miał być tylko samymi seksami xd Chciałabym też podziękować za ponad 20.000 wyświetleń ♥_♥
Trzymajcie się ^__^

25 stycznia 2014

Pobrzask

„Wydawało się, że wiele wspólnie zbudowaliśmy, ale nie udało nam się osiągnąć ani jednej rzeczy. Byliśmy zbyt szczęśliwi.” Murakami Haruki


{ muzyka }

1. Czas
— Powinieneś się więcej uśmiechać.
Jedno ukradkowe spojrzenie wystarcza, aby zidentyfikować złodzieja promienni słonecznych, który zawisa nad nim bezkarnie, bawiąc się źdźbłem trawy. Mimo że już dawno oswoił się z jego obecnością, demonstruje swoją złość, zaciskając z przekory mocno dłonie w pięść, by nie dać mu satysfakcji.  
— Dlaczego?
Chichot, napawający go niezidentyfikowanym lękiem, wydobywa się delikatnie z gardła osoby, systematycznie burzącej jego definicje spokoju.
— Emanujesz niesamowitą siłą, Atsushi, nie powinieneś jej zniewalać.
Jest tak pewny siebie, że jeszcze chwila, a Murasakibara mógłby mu faktycznie w to uwierzyć.


Tik. Tik. Tik.
Powietrze pachnie deszczem. Jest tak przerażająco cicho, że nawet Murasakibara, dla którego przeważnie świat jest tylko pretekstem do bezproduktywnej egzystencji, ma wrażenie, że czegoś brakuje. Dookoła nie rozbrzmiewa gwar rozmów, przebijający się nad odgłosami przejeżdżających w oddali samochodów.
Zaintrygowany tym faktem przykleja twarz do zimnej szyby. Tokio w oczach Atsushiego nie jest niczym niezwykłym. Wielka aglomeracja. Tony asfaltu i stali. Konurbacja fabryk przemysłowych. Stolica, składająca się z kilkuset krętych ulic, nazwanych dzielnicami dla lepszego wydźwięku. Powierzchnia niewiele powyżej 2200 km2. Dom dla ponad 13 200 000 Japończyków. Gniazdo potencjalnych epidemii.
Wzdycha głęboko, wpuszczając do płuc powietrze zanieczyszczone przez miliony istnień, zamieszkujących znienawidzone przez niego miasto. Marzy od dawna o tym, aby wyrwać się z tego miejsca i oddalić się o tysiące mil od ludzi, którzy grają mu na nerwach systematycznie każdego dnia.
Na ustach odmalowuje się niesmak; jego niechęć tylko przybiera na sile na widok dobrze znanej ulicy, która zabija w nim jakiekolwiek perspektywy na jutro. Nic atrakcyjnego nie jest w stanie przykuć jego uwagi. Za szybko traci zainteresowanie. Zdecydowanie za szybko. Wie o tym od dawna. Ma wrażenie, że niewidzialna obroża na jego szyi zaciska się coraz mocniej. Za chwile straci oddech, zostanie strawiony przez gęstą mgłę i chaos, pochłaniający jego serce.
Jego myśli skupiają się wokół jednej osoby, kradnącej dniem za dniem coraz więcej westchnień. Chce ją zobaczyć. Usycha z tęsknoty. Nie może sobie wybaczyć, że krąży wokół tych wszystkich bezimiennych, szarych zjadaczy chleba, nie wyróżniających się z tłumów. Różni się od wszystkich, jest wyjątkowy. Warty tyle co milion żyć. 
Tik. Tik. Tik.
Dłuższe spojrzenie zatrzymuje na kobiecie, okupującej ławkę przed kompleksem, w którym wynajmuje mieszkania wiele osób, łącznie z nim. Chyba płacze, ale Atsushi łatwo myli łzy z deszczem, więc nie może mieć żadnej pewności.
 Murasakibara zgrzyta zębami ze złości, nie mogąc sobie wybaczyć jednego: jest odporny na ból. Nie może czuć go nawet we własnym sercu. Wchłania wszystko jak gąbka.
Drobne ciało drży z zimna; wygląda tak jakby miało się zaraz rozpaść, przygniecione zmartwieniami codzienności. Przedstawicielka płci pięknej zaciska mocno zęby i przypatruje się pochmurnemu niebu, pozwalając, aby ulewa  igrała z jej ciałem.
Murasakibara robi dokładnie to samo. Patrzy prosto w czarną otchłań, na którą kiedyś spoglądał razem z nim i w ekspresowym tempie odwraca wzrok.
Ma wrażenie, że grudniowy deszcz jest w stanie wymazać wszystkie rany, które nagromadziły się w przeciągu tych wszystkich lat. Nie chce się ich pozbywać.
Tik. Tik. Tik.
Dźwięk zegara napawa go nieokreślonym niepokojem.
Skupia swoją uwagę na awangardowych wzorkach utworzonych przez mróz na szybie. Mimo że nie wychodzi z domu od paru dobrych dni, nie musi sobie nawet wyobrażać jak bardzo jest zimno. Na sam widok atakującego Tokio deszczu zmieszanego ze śniegiem na jego ciele tworzy się gęsia skóra. Pogoda panującą na zewnątrz doskonale odzwierciedla stan jego umysłu.
Wzdycha głęboko, starając się zapanować nad zmęczeniem, który więzi w silnym uścisku każdą komórkę jego ciała. Zdaje sobie sprawę, że jest już naprawdę późno.
Tik. Tik. Tik.
Leniwie wskazówki przesuwające się na pokrytej grubym kurzem tarczy zegara wskazują drugą trzydzieści, doskonałą porę na zmierzenie się ze nocnymi marami. Zaczerpując świeżego oddechu, zamyka ociężałe powieki, nad którymi nie może zapanować.
Ale mimo głośnych protestów własnego ciała, nie chce, aby sen przejął kontrolę nad jego organizmem. Szalejące w piersi serce, obijając się boleśnie o żebra, szuka bliskości drugiej osoby, ciepłych, przesiąkniętych dobrocią słów adresowanych każdego ranka w jego stronę.
Resztkami sił otwiera oczy i wbija spojrzenie w dębowe drzwi. Czeka cierpliwie na osobę, która zgodnie z oczekiwaniami ma za chwilę wejść do pogrążonego w półmroku mieszkania i dostarczyć mu sił na nowe dni. Wie, że pojawienie się jej na progu tej rudery to tylko kwestia czasu, dlatego walczy ze snem najmocniej jak potrafi, nigdy nie przepuszczając, że znajduje się w nim taka olbrzymia wola walki.
W zamglonych wspomnieniach pojawia się jego roześmiana twarz, wprowadzająca w życie mężczyzny świeże kolory W kącikach ust błąka się niezgrabny uśmiech, rzadko goszczący na jego popękanych od wilgoci wargach.
Tik. Tik. Tik.
Zegar bezlitośnie odmierza czas.  Wybija trzecia, ale nic się nie zmienia. Jest sam, pogrążony we własnych rozpaczliwych prośbach, aby jego deska ratunku pojawiła się w drzwiach mieszkania i przedstawiła mu kolejny powód, aby nie zwariować.
Przyciska policzek do zamarzniętej szyby. Przez jego ciało przechodzi niekontrolowany dreszcz. Zimno szkła przenika go aż do szpiku kości.
Tik. Tik. Tik.
Sen zabiera go boleśnie o czwartej nad ranem.


Wysiada bez pośpiechu z samochodu i wzdycha głęboko. Na sam widok budynku, który wymaga od paru ładnych lat remontu, dopadają go wyrzuty sumienia.
Druga klasa liceum, siedemnaście lat, właśnie wtedy widzi go po raz pierwszy.
Murasakibara Atsushi nie tylko imponuje wzrostem, całkowicie różni się od swoich rówieśników. Nie interesuje go zdobywanie wiedzy, nie cieszy go przebywanie z innymi, nie należy do żadnego z szkolnych klubów. Nie kontroluje ziewania, ciągle zasypia na lekcjach, nigdy nie kryje się ze swoim przerażającym apetytem, na wszystko patrzy z dystansu, na jego twarzy zawsze odmalowywuje się niewzruszony spokój, nie jest komunikatywny — rzadko otwiera usta, aby coś powiedzieć, jest zawieszony pomiędzy tym co jest, a tym co dopiero będzie, wzbudza postrach. Emanuje od niego nieprzymuszona aura psychopaty.
Himuro na początku traktuje go jak interesujący obiekt obserwacji. Jest dla niego jak hobby, ale jak to zwykle bywa — zwykle zainteresowanie szybko przeradza się w fascynację, zacierającej granice chorej obsesji. 
Atsushi wywiera na nim olbrzymie wrażenie, imponuje mu swoją niewzruszoną postawą. Staje się wszystkim, co Himuro do tej pory posiadł. Nie świadomy swoich uczuć, lokuje w Murasakibarze wszystko co w sobie przez tyle lat gromadził — od czystej miłości po szczerą nienawiść.
Prawda dochodzi do niego powoli. Krzyczy z każdego zakamarka jego umysłu. Murasakibara Atsushi wcale nie jest silny; nadaje się tylko na złom. Jest wrakiem człowieka.
Himuro Tatsuya nie ma już żadnych złudzeń. Nie powinien nawet próbować przedrzeć się przez grubą skorupę, która chroniła Murasakibarę przed całym światem.
Ma teraz dwadzieścia pięć lat i żałuje, że zmarnował tyle energii, kurewsko żałuje, że interesował się sportami ekstremalnymi.
Już nigdy nie naprawi tego co zepsuł siedem lat temu na błoniach szkolnych. To szczyt jego możliwości.
Tik. Tik. Tik.                                                                                          
Zerka na zegarek i marszczy czoło, płodząc na nim kolejną zmarszczkę tego dnia. Jest spóźniony, bardzo spóźniony. Zdaje sobie z tego sprawę, ale waha się. Nie ma bladego pojęcia, czy ma wystarczająco dużo odwagi, aby uśmiechać się tak jak kiedyś.
Z jego ust nigdy nie padają żadne obietnice; wie od dawna, że nie jest ideałem. dlatego nie może zrozumieć, dlaczego w purpurowych oczach stoi tak wysoko, że z trudnością dostrzega ziemię.
Prycha pod nosem w geście irytacji i wyciąga z kieszeni pomiętego papierosa; nałóg, z którego wyswobodził się dawno temu. Przyglądając mu się z uwagą, obraca go w palcach, parę razy przyłapuje się na tym, że trzyma go między zębami, wyobrażając sobie dym, wypełniający jego płuca. Chowa go szybko do kieszeni, nie chce poddać się słabości.
Jak w transie, opiera się o maskę samochodu i zamyka oczy. Bardzo żałuje, że noc chyliła się ku końcowi. Jest taka jak on: czarna, melancholijna.
Tik. Tik. Tik.
Smutny uśmiech kształtuje się na jego ustach. Himuro Tatsuya jest egoistą w najczystszej postaci. Nie ma już żadnych wątpliwości. Nie potrafi się już szczerze uśmiechać.
Nad tym miastem od zawsze krąży smutek.


— Ile razy ci mówiłem, że masz o siebie zadbać.
Ma ochotę rozpłakać się w bezsilności na widok samotnej sylwetki, okupującej szeroki parapet. Podchodzi do niej najciszej jak tylko potrafi, nie chcąc jej obudzić. Nie zniósłby jego spojrzenia. Zanurza palce w purpurowych włosach, wymagających już od dawna konsultacji z fryzjerem. Błąkający się na ustach uśmiech zmienia się w grymas niezadowolenia. Szuka w głowie rozpaczliwie wymówki swojego spóźnienia.
— Za bardzo się uzależniłeś — mamrocze cicho pod nosem z głębokim westchnieniem. Jest mocno podirytowany postawą dwóch metrów z kawałkiem i dogłębnie poruszony jego naiwnością, której nigdy by się w nim nie doszukiwał. Pochyla się delikatnie i składa na chłodnym policzku Muraskaibary ciepły pocałunek.
Atsushi zawsze pachnie tak samo; jest przesiąknięty rozkładem.
— Murochin — mamrocze wielkolud przez sen, próbując przewrócić się na drugi bok. W efekcie traci równowagę i spada ze swojego prowizorycznego posłania w akompaniamencie niekontrolowanych jęków. Jego monstrualne ciało, przeżywając spotkanie pierwszego stopnia z podłogą, robi tylko niepotrzebny hałas.
Tatsuya reaguje instynktownie. Odsuwa się od niego na bezpieczną odległość, mając nadzieje, że lekkomyślność żarłoka nie pobudzi sąsiadów. Ściany mieszkania są strasznie cienkie. Himuro woli ograniczyć hałas do minimum.
— Uważaj troszkę — reflektuje się po chwili, gdy Atsushi rozgląda się dookoła, starając się ogarnąć sytuację. — Jesteś cały?
Murasakibara rozpoznaje głos Himuro i podnosi się na łokciach, dysząc tak ciężko, jakby pokonał maraton.
— Murochin — wita się szybko, wypowiadając cicho pseudonim kochanka. W geście zakłopotania przeczesuje włosy długim, lepiącymi się do ciasta z kramem palcami. — Gdzie byłeś? — pyta cichutko.
— W pracy — odpowiada Tatsuya, siląc się na obojętny ton i wzrusza ramionami. Praca to dobra wymówka. Murasakibara zamknięty w czterech ścianach nie ma pojęcia, co oznacza ciężka praca.
— Długo ci zeszło. — Atsushi nie wie skąd w jego głosie wzięło się tyle chłodu, przecież Himuro nigdy nie mógłby go oszukać. 
— Och, Atsushi — Tatsuya uśmiecha się odpowiedzi i wciska do otwartych ust Mukkuna czekoladkę. — Nawet nie wierz jak bardzo tęskniłem
— Ja też.
Ich usta łączą się w chaotycznym, słodko-gorzkim pocałunku.
Tyle wystarczy. Sieć kłamstw działa bez zarzutów.


Tik. Tik. Tik.
Wskazówki zatrzymują się na kilkanaście sekund, aby po chwili znów okrążyć pospiesznie całą tarczę.
Zaplątane ze sobą dwa ciała, trwają w silnym uścisku, pogrążone w całkowitym milczeniu, przerwanym tylko do czasu do czasu przez płytkie oddechy ich właścicieli.  
Himuro przyciska usta do rozgrzanej skroni wielkoluda i szepce cicho:
— Kocham cię.
Atsushi uśmiecha się blado w odpowiedzi. Himuro ma racje. Mimo że niesie na barkach wiele życiowych doświadczeń, nadal może zostać zraniony.
Ale chce bezustannie wierzyć w to kłamstwo.
Tik. Tik. Tik.
Czas nie ma zamiaru się zatrzymać.
A deszcz ze śniegiem nie ustępuje.

____________________________________
Yandere. Opko będzie zawierało (razem z tym) trzy rozdziały i jeden prequel. Nie ma nic wspólnego z kurobasem oprócz imion bezlitośnie zerżniętych z oryginału, bo kanon zdecydowanie mnie nie kocha. Postaram się opko skończyć przed końcem ferii.  
Bardzo dziękuję Piegusowi, że zajrzała przed dodaniem ;)
Nowy odcinek był zacny. Tak bardzo ImaHana ♥ Aż nie mogłam nie wykorzystać next weeka do zakładki. IMAYOSHI wink  ^______^ Trzymajcie się, kochani ^___^