Dziś
są urodziny mojej niezastąpionej bety, dlatego zwracam się szczególnie do niej!
Wszystkiego najlepszego kochana Sarin! Życzę Ci spełnienia wszystkich marzeń,
wiele radości w życiu, pogody ducha, cierpliwości do mojego stworka i
wszystkiego, czego tylko pragniesz. Dziękuję, że jesteś ;*
Gwiazdka z nieba
— Machając na pożegnanie, wiemy, że
spotkaniu położyliśmy kres, lecz nie smućże się, gdyż nocny księżyc powróci
znów tu[1].
Był wieczór. Dwudziestoletni mężczyzna
o rumianych policzkach i krótkich, jasnych włosach przypatrywał się
bezchmurnemu, atramentowemu niebu, usłanemu tysiącami migoczących gwiazd. Nucił
pod nosem starą, dobrze znaną korsarzom piosenkę, pozwalając, aby silny powiew
wiatru muskał jego policzki. W dłoni niósł butelkę sake i świeże wydanie
gazety, pod pachą zaś ściskał bukiet białych i różowych lilii.
— Nie ma znaczenia kimś jest, bo kiedyś i
tak obrócisz się w pył, ale o naszej opowieści szeptać będą młodsze pokolenia,
bawić się będziemy aż po grób — zanucił ostatni wers i zamilkł, wsłuchując się
jeszcze przez chwilę w zburzone fale morza nokautujące brzeg i świst chłodnego
wiatru. Poprawił wysoki, granatowy cylinder na głowie i, oderwawszy oczy od
gwiazd, skierował się w głąb małej, niezamieszkanej przez ludzi wysepki.
— Wiesz, wygląda na to, że Luffy miał znów
więcej szczęścia niż rozumu i jakoś udało mu się wywinąć — zagadnął, gdy
dostrzegł przed sobą dwa cienie, jeden wyższy od drugiego, na którym trzepotała
czarna, piracka bandera. — Rozumiem, przeczytasz ją w swoim własnym tempie —
dodał, przyciskając do piersi brukowiec, który na pierwszej stronie traktował o
poczynaniach młodego chłopca w słomkowym kapeluszu.
Z każdym krokiem był coraz bliżej. Cienie
przybrały kształty, formując się w dwa pokaźne nagrobki. Jego uwagę przykuł ten
mniejszy, zdobiony przez kilkanaście wieńców z najróżniejszych gatunków
kwiatów, do którego przymocowany został scyzoryk i pomarańczowy kapelusz,
obszyty czerwonymi koralami na rondzie i dwoma emotikonami. Złożył na grobie
skromny bukiet lilii i uśmiechnął się delikatnie.
— Wznieśmy toast — zagadnął, ustawiając na
małej, drewnianej beczce trzy czerwone czarki – tak jak za starych, dobrych
lat.
Odkorkował zębami butelkę gorzały i nalał
szczodrze bursztynowego płynu do trzech naczyń.
— Za zapierające dech w piersi przygody
naszego małego braciszka! — Uniósł jedną w geście toastu i upił łyk, krzywiąc
się nieznacznie.
— Za pirackie przygody! — Nalał sobie
ponownie i znów wypił. Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.
— Za piracką banderę! — Powtórzył
kolejny raz tę samą czynność, już trochę drżącymi dłońmi.
— Za z-za… — Głos ugrzązł mu w gardle, a
twarz natychmiast zmarkotniała. Jego oczy – smutne i załzawione – rzuciły
ukradkowe spojrzenie napisom wyrytym na płycie nagrobkowej, układającym się w
słowa „Portgas D. Ace”. Pociągnął zdrowy łyk z butelki, już przestając
przejmować się kulturą.
— Ace… ty… Ty naprawdę tam jesteś, Ace? —
zapytał cicho, tak cicho, że jego słowa zostały zagłuszone przez wiatr,
wzmagający się z każdą minutą. — Nie stroisz sobie żartów z tych wszystkich
ludzi, którzy tu przychodzą? — Kontynuował, a gdy nie doczekał się odpowiedzi,
w jego oczach pojawiły się łzy.
Uchylił powieki, szepcząc coś cicho – coś,
co brzmiało jak modlitwa. Poczuł ciepły oddech, który otulił jego kark. Ktoś
objął go delikatnie w pasie i położył podbródek na ramieniu.
— Nadal tu jestem, Sabo…
Usłyszał cichy szept w swoim uchu i
zadygotał, a serce zabiło mu mocniej. Od razu rozpoznał ten głos – czuły i ciepły,
przesiąknięty po brzegi optymizmem. Uśmiechnął się przez łzy. Chciał jeszcze
raz zobaczyć jego uśmiech, piegowatą twarz, kosmyki czarnych włosów niezgrabnie
opadające na czoło i czarne oczy rodem z baśni, które prześwietlały wszystko na
wylot, niczym promienie Roentgena. Dlatego też próbował zacisnąć dłoń na jego
nadgarstku, ale napotkał tylko pustkę. Wszystko zniknęło, jak za dotknięciem
magicznej różdżki. Na powrót pozostał sam, z ujmującym chłodem w miejscu, gdzie
powinno znajdować się j e g o ciało.
— Nadal nie potrafię uwierzyć, że już nigdy
cię nie zobaczę.
Poczuł jak ciepłe krople, których nie
potrafił już powstrzymać, spływają po policzku i jak cała nadzieja, którą nosił
w sobie, rozpada się na kawałeczki. Naiwnie wierzył, że to tylko sen – długi,
przerażający koszmar, że jak tylko tu przyjdzie zaraz się obudzi i będzie jak w
latach dzieciństwa. Trzej bracia z marzeniami jak stąd do krańca świata,
których nikt nie zatrzyma, ale…
— Nawet jeśli szukałbym w głębinach
najbardziej odległych mórz… Możemy się już nigdy nie spotkać,
prawda?
Oblizał usta. Były słone, dokładnie jak
woda, która go otaczała.
—
Ej, nie do wiary! — Z jawy rozbudził go głos – zimny, pozbawiony jakichkolwiek
uczuć wyższych, aż zadrżał, ocierając szybko rękawem łzy z policzków. — Ty
płaczesz? — zironizowała Ofelia, ofiarując mu chusteczkę. Wyglądała jakby
dobrze się bawiła.
—
Nie wygaduj bzdur. — Chciał wyprowadzić ją z błędu. — Coś wpadło mi do oka —
wytłumaczył się szybko.
—
Twój kapelusz. — Podsunęła mu nakrycie głowy pod nos, mrucząc coś, co brzmiało
„Tak, oczywiście, a w tym roku święta są wyjątkowo na początku sierpnia”.
Puścił
jej słowa mimo uszu. Nie chciał się zdradzić żadnym gestem, słowem i czynem,
dlatego zerknął na zegarek.
—
Doskonale — szepnął entuzjastycznie. — Powinni już tu być — powiadomił ją i
zaklaskał w dłonie. Gdy Ofelia nie odpowiedziała nic, skierował swoje
zainteresowanie w stronę kobiety.
Fakt,
że jej głowa nie znajdowała się na swoim prawowitym miejscu, a koło stóp, nie
wzbudził w nim żadnych uczuć. Syknął tylko pod nosem i schylił się, aby ją
podnieść.
—
Ile razy mam ci powtarzać, abyś nie gubiła żadnej części swojego ciała? —
Westchnął głęboko, chwytając w dłonie jej twarz. Musiał przyznać, że niegdyś
była pięknym zjawiskiem natury, który mógł skruszyć nawet najbardziej zimne i
podłe serce. Miała dwadzieścia dwa lata i długie, proste, czarne jak smoła
włosy, które lubiła finezyjnie spinać albo wiązać, i – co sprawiło, że
mężczyźni szaleli z zachwytu – nie miała pojęcia, jakie ogromne wywierała
wrażenie. Rozkochał go każdy milimetr jej twarzy – prosty, tylko nieco
zgarbiony nos, duże, ciemne oczy i różane policzki oraz pełne, czerwone
usteczka. Jej mimika i gesty – to jak marszczyła brwi, gdy była zła, sposób w jaki
się śmiała, naburmuszony wyraz twarzy, gdy coś nie szło po jej myśli –
sprawiały, że dech zamierał w piersi.
—
Nie żyjesz już od dawna, więc nie patrz na mnie w taki sposób, Ofelio — mruknął
niezadowolony. Podziwiał go z całego serca za trud, jaki włożył, aby nie dać
jej się owinąć wokół palca.
Potrzasnął
głową, aby odpędzić od siebie czarne myśli i umieścił jej głowę na szyi.
Popatrzył na nią przez chwilę, kalkulując coś w głowie.
—
Nie możesz zapominać o codziennym ładowaniu — skarcił ją, podwijając rękaw
długiej, czarnej sukienki i nakręcił jak zabawkę, aby nie produkować wokół
kobiety żadnych nieporozumień.
—
Dziś w nocy podaruję ci gwiazdkę z nieba, której tak bardzo pragnąłeś, Ace.
Wyjrzał
za okno. Zaiste. Czarne jak jego myśli niebo było usłane tysiącami gwiazd.
Zupełnie jak w dniach, gdy syn Króla Piratów wpatrywał się w nie z iskrą
tęsknoty wymalowanej w oczach.
Każdy chciałby mieć taką gwiazdkę z nieba,
pomyślał rewolucjonista, zakładając kapelusz.
*
Smoker
prychnął pod nosem, gdy rozerwał rękaw swojej ulubionej kurtki o wystający
konar. Gdy tylko dobili do brzegu, przywitała ich dzika przyroda, ściślej
mówiąc las drzew liściastych, tak wysokich, że Biały Łowca nie był w stanie
dostrzec ich szczytu nawet przy swoim metrze osiemdziesięciu dziewięciu i
dobrych chęciach, dlatego też czuł się jak w klatce.
Otarł
pot z czoła i karku. Mimo późnej już pory było nadal gorąco. Jak w piekle, przemknęło mu przez myśl,
gdy wytarł lepkie dłonie o spodnie. Niepocieszony narzekaniami swoich kamratów,
spróbował ich uciszyć cichym „morda w kubeł” i gestami, ale gdy nie
poskutkowało, skapitulował. Nie miał najmniejszej ochoty wdawać się z nimi w
dyskusje o etyce zawodowej i ciszy, wiedząc, że nie potrafili uszanować woli
innych.
Nadstawił
uszu na jakikolwiek dźwięk, który nie miał nic wspólnego z przypadkowym
nadepnięciem na bezpańską gałąź i bezpodstawną rozmową „o pogodzie”. Nie
miał pojęcia, gdzie idzie. Po prostu szedł, patrząc pod nogi i ostrożnie
posuwając się naprzód. W powietrzu poczuł zapach stęchlizny i pleśni. Z tej
okazji wykrzywił twarz w niewyraźnym grymasie, ale nie przestawał, ciągle
kierując się na północ. Wślizgnął się w małą przestrzeń pomiędzy kamiennym
blokiem a olbrzymim, rozdartym pniem i przeszedł do rozwidlenia.
Smoker
przygryzł wargę, aby zagłuszyć niekontrolowany dźwięk, który chciał przedostać
się przez jego gardło na widok krwistoczerwonej mogiły, która niegdyś pełniła,
jak się domyślał, rolę łąki. Zatrzymał się raptownie, gdy ogarnął go chłód, a
serce zaczęło kołatać się w piersi, gotowe w każdej chwili je rozerwać. Nie
zareagował, gdy któryś z oficerów marynarki z impetem na niego wpadł i nie
powiedział nic, gdy ta sama osoba zaciekawiona faktem, co tak wiceadmirała
poruszyło, zadała nieśmiałe pytanie.
Zanim
zmusił się do jakiegokolwiek refleksji, poczuł zapach krwi tak intensywny, że
aż go zemdliło i zakrył ręką twarz, aby nie zwrócić kolacji. Nad mogiłą unosiła
się mgła tak gęsta, że musiał zrobić kilka kroków w przód, aby cokolwiek
zobaczyć i wytężyć wzrok jak tylko potrafił. Coś chrupnęło pod wpływem ciężaru
jego ciała. Spojrzał pod nogi i odkrył, że była to czaszka i kawałek ręki, na
której znajdował się jeszcze nie do końca rozłożony płat skóry.
Zaczął
snuć czysto teoretyczne domysły, że znalazł się na cmentarzysku piratów, którzy
przypłynęli na Lacroix w nadziei, że znajdą sztabki czystego złota i masę
innych skarbów.
Wydał
członkom G-5 instrukcje, aby skontaktowali się z Tashigi, która została na
wojennym okręcie i czekała w gotowości na rozkazy, a sam, trzymając się jak
najbliżej pni drzew, które otaczały polanę z każdej strony, postanowił
przyjrzeć się temu wszystkiemu z bliska. Opierał się rękami o spróchniałe pnie,
zdzierając sobie skórę z dłoni i nadgarstków. Wciąż przebierał nogami. Nadal
istniała możliwość, że śni, że to złośliwy koszmar, z którego za chwilę się
przebudzi. Zadygotał z zimna, gdy wyczuł pod palcami zagłębienie.
—
W tym pniu jest Dziura. Czy widzisz przez nią Królową Śmierci[2]? — Zimny,
syntetyczny głos odbił się echem od drzew.
Zacisnął
dłoń tak mocno na jutte, że aż knykcie mu pobielały i przełknął głośno ślinę,
rozglądając się za źródłem głosu. Czekał na wroga z szeroko otwartymi
ramionami.
Smoker
nie wiedział, jaka masakra naprawdę dokonała się na tej wyspie, ale był pewny
jednego – była o wiele bardziej dotkliwa niż ta, która rozegrała się na placu
głównej siedziby Marynarki.
PRZY ROZDZIALE HAROWAŁA RAZEM ZE MNĄ
SARIN-CHAN!
[1] „Binks Sake”, Oda Eiichiro.
Przekład własny.
[2]Zmodyfikowany
cytat autorstwa George’a Seferisa, który w oryginale brzmi: „W tej kolumnie
jest Dziura. Czy widzisz przez nią Królową Śmierci?”