Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znieczulica (AoKi) [W]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znieczulica (AoKi) [W]. Pokaż wszystkie posty

6 stycznia 2014

Znieczulica

Rozdział 4


Aomine z nietypowym entuzjazmem analizował stan chudego portfela i, stwierdziwszy, że ma stanowczo za mało na nowy photobook swojej idolki, ścisnął go bezceremonialnie przez całą długość pokoju. Niezrażony tym, że przed chwilą potraktował go bardzo brzydko, zgarnął go z powrotem do ręki i wyszczerzył się w geście triumfu, stwierdzając, że nadszedł czas na rozbieranego pokera; na to akurat miał wystarczająco jenów, w końcu zawsze wygrywał.
Czując nagłą potrzebę wkręcenia kogoś w swój plan zadominowania nad majtkami Kise, wyposażony w uśmiech od ucha do ucha, wyciągnął z kieszeni zniszczoną przez czas komórkę i szybko wykręcił numer do Taigi, jedynej osoby, która byłaby w stanie przymknąć oko na jego zafascynowanie męskimi narządami rozrodczymi; w końcu od dawna wiedział, że Kagami stara się poderwać Kuroko, ale nie może się przełamać i miał czasem niejasne wrażanie, że podobnie ma się jego stosunek do rozwrzeszczanej modeli, ale wołał nie przyjąć tego na klatę, traktując to zapobiegawczo — w końcu Ryouta jako jedyny nie był odporny na dramat, który przeżywał Daiki jeszcze parę miesięcy temu i jako jedyny nie wybił sobie z głowy pomarańczowej piłki, turlającej się niewinnie po boisku.
Sygnał wyprodukowany przez przerwane połączenie sprawił, że Daiki zazgrzytał zębami ze złości. Nie spodziewał się, że Taiga w taki spektakularny sposób zignoruje nagłą potrzebę integracji. Kagami nigdy nie był po zęby uzbrojony w empatię, ale zawsze leżało mu na sercu dobro przyjaciół.
— Niech cię szlag!

12:21 ~Kagami: Niektórzy pracują, wiesz? 

Na aominowskim czole pojawiła się kolejna zmarszczka do kolekcji, gdy przeczytał wiadomość strażaka, nie zawierającą żadnych argumentów, które byłby w stanie przemówić do nieskalanej duszy byłego asa Generacji Cudów.
Drżącymi od emocji dłońmi zgarnął piłkę porzuconą na podłodze i rzucił nią do przymocowanego do ściany prowizorycznego kosza. Taka rozrywka zawsze w życiu Aomine pełniła bardzo dużą rolę, pozwalała się wyżyć, wyciszyć i rozładować emocje, które czasem aż w nim kipiały, mimo że nigdy tego po sobie nie pokazywał i zawsze, mimo że wcześniej nie był w stanie sobie tego uświadomić, Kise grał główne skrzypce w jego emocjonalnych dołach.
— KURWA! — zaklął pod nosem.
Nie trafił.
Nie. Trafił.
KURWA, NIE TRAFIŁ.
Pierwszy raz od baaaardzo dawna spudłował, ba!, nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio piłka odmówiła posłuszeństwa i wypadła z kosza. Pewnie w innym życiu, którego Daiki nie znał i nie chciał poznać. Nawet nie miał bladego, a tym bardziej zielonego pojęcia, kiedy wysłał swój refleks profesjonalisty na wakacje
Rzucił krytyczne spojrzenie na swoje ręce, nogi i brzuch, i dopiero wtedy gorzka prawda uderzyła w niego jak grom z jasnego nieba.. Wszystko zniknęło bez śladu. Mógł się nawet założyć o kastracje własnego penisa (a to był już szczyt desperacji w przypadku Aomine!),  że przybyło mu kilka kilo. Zdał sobie nagle sprawę, że wiecznie wysportowany on, wcale nie jest już taki wysportowany, jak mu się na pierwszy rzut oka wydawało zawsze, gdy uprawiał poranną toaletę, podziwiając ukradkowo swoje mięśnie w lustrze.
Wszystko, o co walczył przez całe życie, pogrążyło się bezdennej jako ocean rozpaczy. Pomyślałem, że nie chcesz przeprosić (…) Jeśli myślisz, że pozwolę ci odejść to się grubo mylisz (…) nigdy nie zostawię cię z tyłu (…) To wszystko przez ciebie, Aominecchi (…) myślałem, że tym razem mi się uda (…) Nie żebym wygrał, gdy będę stał z boku i tylko gapił się na ciebie (…)Ludzie zaczęli gadać, że kocham się w pewnym facecie (…)
— Kise… ja… uderz mnie odkurzaczem, bo za chwilę oszaleje! — warknął, nie widząc nawet dlaczego AKURAT te fragmenty z ich rozmów tak dobrze wyryły się w jego pamięci.
— Może być tym?
Słysząc znajomy głos, aż serce podskoczyło mu do gardła. Uśmiechnął się krzywo, przypatrując się spode łba jak Kise wymachuje rurą od przyrządu sprzątającego, które już dawno odmówiło posłuszeństwa. Daiki miał niesamowitą radochę, obserwując zdechły od dawna nieużywany odkurzacz rzucony bez ładu w kąt; z niewiadomych przyczyn zawsze akurat ta technologia ludzka wzbudzała w nim niekontrolowaną niechęć, której nawet nie potrafił się pozbyć, gdy wybył z domu na własne mieszkanie.
— Co ty właściwie robisz? — zapytał Kise i zachichotał dźwięcznie. Wykrzywił głowę pod dziwnym kątem, przypatrując się Aomine, który chyba już do końca postradał zmysły; wyglądał tak jakby chciał coś uchwycić coś, co już dawno było poza zasięgiem jego rąk — wyciągnął obie dłonie przed siebie, zaciskając je na pustce.
— Gimnastykuję się, nie wolno? — zapytał buntowniczo Daiki, a widząc niezbyt przekonaną minę Ryouty, zrobił klika przysiadów, aby potwierdzić swoje słowa.
— I dla lepszej kondycji mam ci dać odkurzaczem w łeb, tak? — zapytał, zaciskając dłoń na rurze, pociągnął ją do siebie, tak, że wspomniany wyżej sprzęt pojawił się przed oczami Aomine w całej swojej okazałości.
— Podziękuję — odparł Daiki. „Chociaż może to nie byłoby takie złe wyjście”, pomyślał i jak najszybciej przywołał na swoje usta ironiczny uśmiech, aby wynagrodzić Kise wyprowadzenie go z równowagi. — Cóż się stało, że nie hasasz na wybiegu? — zapytał, stwierdzając, że praca blondyki to najłatwiejszy sposób, by odgonić od siebie nieproszone myśli i słowa, które coraz wyraźniej kształtowały się  w jego głowie.
— Co ja, królik jestem, żeby hasać na wybiegu? — zdenerwował się Kise, piorunując Aomine złowieszczym spojrzeniem. — Nie praktykuje tego już od dwóch miesięcy, Aominecchi i jestem pewnym, że ci o tym wspominałem w mailu — dodał dobitnie, tupiąc nóżką, aby podkreślić swoją tragedią.
— W jakim mailu? — zapytał, drapiąc się refleksyjnie po podbródku, na którym wyhodował pokaźny zarost, z pewnością nie był wynikiem tylko kilkodniowego zaniedbania. Czując szybką potrzebę naprawienia swojego błędu, rzucił spojrzenie na wyświetlacz telefonu i mina mu zrzedła. — Ale… ale… — wydusił, uświadamiając sobie, że ma setki nieodebranych wiadomości.
— Coś ty robił przez całe dwa miesiące, Aominecchi? — zapytał Kise, unosząc brwi do góry. „Zalotnik się znalazł”, warknął w myślach Daiki, próbując przypomnieć sobie, co robił przez dwa miesiące, ale nic nie przychodziło mu do głowy; nie mógł też z prędkością światła wymyślić wymówki, która zadowoliłaby drugiego przedstawiciela Generacji Cudów.
— Zdaję się — podrapał się w zadumie po głowie — że trochę spałem — rozejrzał się po pokoju — piłem też trochę i...
— Trochę? Tu jest tyle butelek, że śmiało mógłbyś założyć monopolowy.
— Dziękuję, rozważę tą atrakcyjną propozycję, ale, do cholery, nie przeszkadzaj mi, gdy myślę — rzucił. „Nie moja wina, że mój skacowany umysł nie jest taki przenikliwy jak twój!”. — Ach…  i czasem Murasakibara wpadał, żeby mnie nakarmić.
— Widać — podsumował Kise, przyglądając się krytycznie sylwetce Aomine. Nie musiał nawet zgadywać, że Atsushi, świeżo upieczony cukiernik, nie ograniczał Daikiemu słodkości.  
— Wpadłeś tylko po to, aby mnie wkurzyć? — zapytał gniewnie Daiki, nie mając już nawet ochoty udawać, że jest nieporadny życiowo i z niczym nie może sobie poradzić.
— Po części tak — zgodził się potulnie Kise, wykrzywiając usta w sadystycznym uśmiechu; na sam widok tego specyficznego układu jego ust, Aomine mdliło, ale wolał ten fakt przemilczeć i czekać na rozwój wydarzeń, mając nadzieję, że blondynka nie rozpędzi się ze szczerości z bardzo. Daiki nie miał ani krzty energii, aby kontratakować. Dupa Ryouty jak zwykle prezentowała się bez żadnych zarzutów, a twarz  modela, aż kipiała młodzieńczym urokiem, którego Aomine zgubił już dawno temu. Wykapany ideał nastolatek! Problem jednak leżał jak zwykle w szczegółach — Kise nie mógł pochwalić się już tytułem nastolatka i…
— Nie jesteś już modelem? — zdziwił się nie na żarty Aomine. Nie mógł uwierzyć w to za żadne skarby świata, musiało mu się coś przesłyszeć, bo przecież Ryouta, którego znał jak własną kieszeń, uwielbiał być w centrum uwagi.
— Nie jestem — przyznał cierpliwie Kise. — Ile razy mam ci to jeszcze powtarzać, Aominecchi — dodał już mnie cierpliwie, a Aomine, czując, że foch już jest blisko, zapobiegawczo przestał się dziwić temu nadprzyrodzonemu zjawisku.
— Co się stało? — zapytał Daiki, wykrzywiając usta w nieprzyjemnym grymasie. — Czyżby się w końcu na tobie przejechali?
— Nic z tych rzeczy, Aominecchi.
Kise wyglądał tak jakby zamierzał wyjść z siebie: zaciskał kurczowo pięści, pozwalając, aby pobielały mu knykcie, ale konsekwentnie robił minę do złej gry, jak zwykle jego umiejętności aktorskie wzbudzały w wymęczonym życiem mężczyzny rezerwę i coś na kształt podziwu. 
Daiki przypatrywał się ekspresją na twarzy Ryouty i nie dowierzał, gdy twarz blondyna zrobiła się cała czerwona ze złości, był nawet w stanie przysiąc na swoje zboczenie do cycków, że przez ułamek sekundy żółte oczy niskiego środkowego zaszkliły się od łez, ale równie dobrze mógł zrzucić winę na to, że wzrok pogorszył mu się do tego stopnia, że dawał się uwieźć nawet najbardziej płytkim złudzeniom optycznym. Zamrugał parę razy, ale żadna łza nie splamiła bladych policzków Ryouty. Uznał to za dobry znak.
— Chciałem się pożegnać — odezwał się w końcu były model, patrząc gdzieś ponad barczyste ramie swojego przyjaciela. W jego głosie było coś takie, że Aomine wytrzeszczył oczy ze zdziwienia: nie było w nim już ani nutki wesołości pomieszanej z nutką ironii, którą Daiki tak doskonale znał; ton, którymi wypowiedział te słowa, był pozbawiony jakichkolwiek uczuć wyższych, brzmiał jak stare, zakurzone radio, nie mogące poradzić sobie z nadawaniem nowych hitów.  
— Najwyższy czas — stwierdził Aomine, wzruszając ramionami.  — Już za bardzo nadużyłeś mojej gościnności — dodał, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że robi coś, czego nie będzie mógł już później cofnąć.
— Jestem bardzo poważny, Aominecchi — powiedział Kise, wzdychając głośno. — Wyjeżdżam i nie wiem, kiedy wrócę.
— Tak, jasne, a mi za chwilę kaktus na ręce wyrośnie. — Daiki przewrócił oczami w geście irytacji. — Weź już skończ z tą błazenadą i choć się ruchać — rzucił i, nie myśląc nawet nad konsekwencjami, zgarnąwszy do siebie Ryoutę złożył na jego ustach chaotyczny pocałunek.
Spragnione bliskości usta Kise bez słowa podjęły inicjatywę i nie będąc dłużne, odwdzięczyły się tym samym. Ale po chwili właściciel żółtych włosów przerwał pocałunek i spojrzał na Daikiego wymownie, opuszkiem palca dotykając śniadego policzka i pokręcił głową. Wyswobadzając się stanowczo z jego uścisku, odsunął się na bezpieczną odległość, wyrażając bez głośnie swój protest; iluzja, że mogą porozumieć się bez słów pękła jak bańka mydlana.
— Co jest? — zapytał Aomine.  
Ryouta westchnął.
— Przegrałeś, Daiki — powiedział całkowicie poważnie, pierwszy raz od wielu lat zwracając się do Aomine po imieniu. — Mówiłeś, że czekasz na dzień aż cię pokonam, a pokonałeś samego siebie — odparł.  — Nic mnie tu już nie trzyma — dodał i wyszedł, jakby nigdy nic, jakby nic się nie stało, jakby pocałunek był tylko wytworem wyobraźni Daikiego.
— Przecież mówiłem, że jedyny, który może mnie pokonać jestem ja sam… mówiłem, więc co stroisz jakieś dzikie foszki?! — warknął, rzucając o ścianę komórką, którą nadal trzymał w dłoni. 
Zamknął na chwilę oczy, aby poskromić złość, ale nie potrafił tego zrobić. Może powinien strzelić sobie kilka kieliszków? Pochylił się, aby podnieść telefon i zaproponować to Takao, wciąż nie mogącego pogodzić się z faktem, że Shintarou nie podzielał jego uczuć i nie ulokował go swoimi życiu tak wysoko, jak zapragnął tego Kazunari.
„Zajebiście, teraz Oha-Asa nie da mi żyć”, zaklął, przypominając sobie, jak Midorima głosił poglądy, że stłuczone lustro przynosi siedem lat nieszczęścia.
„Czyżbyś nie pragnął dokładnego tego samego, co Takao?”, złośliwy głosik nawiedzający go od czasu do czasu znów zaatakował.
„Nie może być! Kise wróci”, zapewniał samego, „zawsze wracał”, ale na wszelkich wypadek postanowił poważnie zastanowić się, czy wyświetlacz telefonu mógłby zostać potraktowany przez siły nieczyste jako zmiennik lustra.

*

Daiki zaklął pod nosem, uświadamiając sobie, że ktoś brutalnie zdjął z niego ciepłe nakrycie i wypuścił do jego życia nowy dzień, promienie wschodzącego na horyzoncie słońca.
— Kise, idźże się poratuj pornosami, jeszcze śpię — rzucił pod nosem, zahaczając palcami o coś, co kształtem przypominało kobiece piersi. — O — wyrwało się z jego ust.
— Aomine-kun, co ty najlepszego wyprawiasz?!
Daiki posłusznie odsunął swoje ręce, gdy w uchu usłyszał głos brzmiącego tak słodko, jak znienawidzony przez niego metal; nie mógłby pomylić go z nikim innym.
— Cicho bądź, Satsuki, ja tu śpię — odparł, przytulając się do poduszki. Nie miał już nawet ochoty wykłócaj się z nią, że „Aomine-kun” w jej ustach brzmi po prostu niepoważnie.
— Słodki snów, Dai-chan — powiedział po chwili refleksji; jej głos brzmiał dziwnie spokojnie, co sprawiło, że po plecach Aomine przeszedł nieprzyjemny dreszcz.  — Może przyśni cię się odlatujący Kise.
— Co wy…  — poderwał się z łóżka jak oparzony, ale Satsuki przerwało mu w pół zdania.
— Nie mów, że słowem nawet nie pisnął, że wybrał studia za granicą?
— Jakie studia? Nie wiem, o czym ty do mnie mówisz, kobieto.
Daiki usiadał po turecku, przyglądając się badawczo Momoi; wyglądała na trzeźwą i stabilnie emocjonalną.  
— No dobrze, mówił coś wczoraj, że wyjeżdża i nie wie na kiedy, czy coś, ale nie traktowałbym jego słów poważnie — wytłumaczył się w geście kapitulacji, ale widząc minę przyjaciółki z dzieciństwie, nie miał już wątpliwości, że żart, który zaserwował Kise, był pozbawiony poczucia humoru. — Mówił poważnie?
— Czasem nawet on jest poważny.


klika lat później
Daiki, stojąc w deszczu, przeklinał w myślach wszystko tylko nie siebie, a najwięcej obelg dostało się porze deszczowej; nie mógł uwierzyć, że zawsze punktualnie nawiedzała Kraj Kwitnącej Wiśni, zaszczycając ją szczodrze swoimi dobrami. Spojrzał z niecierpliwiony na zegarek i westchnął głęboko.
Chowając się pod dachem, żałował, że i tym razem przejechał się na swojej intuicji i nie zabrał ze sobą parasola, w końcu Satsuki wiele razy ostrzegała go przed zamachem kropel wody.  
— Aomine Daiki?
Mężczyzna grubo po czterdziestce wypuścił z wrażenie walizkę i zatrzymał się nagle, nie zważając na to, że deszcz molestował gdzieniegdzie przepasane siwizną jasne włosy.  
— Kise Ryouta — wypowiedział miękko jego imię i nazwisko, nie dając nawet po sobie poznać, że kiedykolwiek ktoś taki zagościł w jego życiu.
— Tato! — słysząc głos swojego pierworodnego nie mógł się jednak nie roześmiać na widok dezorientowanego pilota.


„Kise, wierzę, że kiedyś byliśmy szczęśliwi. Błagam cię, pozwól mi przywrócić tamte dni”, wiele razy tak myślałem, zastanawiając się co by było gdybym lepiej cię zrozumiał i pewnie główkowałbym nad tym aż do usranej śmierci. Ale, teraz, spotykając Ciebie po tylu latach, nie muszę się zastanawiać…
Teraz mogę cię prosić już tylko o jedno. Nie patrz na mnie tak, jakbyś znał mnie od lat; Aomine Daiki z tamtych dni żyje tylko w twojej głowie...

KONIEC.


Jeeeeeeeeest *dziki okrzyk radości* Udało mi się zakończyć pierwsze wieloczęściowe opko z KnB, miałam przy nim tyle radochy co niemiara, muszę przyznać. Dziękuję wszystkim, którzy dobrnęli do końca~! Loffciam ♥  

9 sierpnia 2013

Znieczulica

Rozdział 3

 Aomine wyposażony w okulary przeciw słoneczne i w bluzkę z kapturem, który zasłaniał mu niemalże całą twarz, skradał się powoli w stronę stoiska gazet adresowanych przede wszystkim do płci pięknej albo do gejów ze syndromem niższości. Dla niepoznaki ściskał w dłoni upojnego pornosa z dużymi cyckami w roli głównej, poprawiając okulary nieporadnym gestem.
Zatrzymał się nagle, gdy usłyszał chichot i uchylił rąbek kapuzy, coby zdiagnozować nieproszone towarzystwo w postaci dwóch nieurodziwych panien, obdarzonych miseczkami „b”.
Natura musiała je nie kochać, stwierdził Daiki refleksyjnie, gdy jedna z nich, szczerbata i zdecydowanie brzydsza, upolowała w stercie szmatławców kolorowe pisemko i wydała z siebie szczęśliwie „kyaaaaa”, machając przed oczami swojej koleżanki.
— Szczęściara — mruknęła okularnica, patrząc ze zazdrością na zdobycz w formacie A4. Aomine w pierwszej chwili miał wrażenie, że wydłubie swojej towarzyszce broni oczy, ale gdy zaśmiała się piskliwie i obie ruszyły do kasy, ulżyło mu, że nie będzie musiał interweniować i bawić się w rycerza na białym koniu.
— A wiesz, że podobno Kise ma dziewczynę? — zagadnęła luźno szczerbata, a mięśnie Daikiego aż się spięły, gdy usłyszał tę rewelację.
— Taaak, słyszałam~  — przytaknęła z nietypowym entuzjazmem druga i dopiero wówczas „murzyn” wypatrzył na okładce, trzymanego przez nią czasopisma, Kise, uśmiechającego się tak sztucznie, że Aomine poczuł nagłego zapotrzebowania na procenty. 
Odkrzyknął, gdy przechodziły obok, ale nawet nie zauważyły, zajęte romansowaniem o pewnym modelu, który zawrócił w głowie połowie żeńskiej populacji w Tokio.
— W czymś pomóc?
Aomine zamrugał, zauroczony stanem konsternacji.
— Nie, dziękuję — mruknął po chwili, zdając sobie sprawę, że sprzedawca wbił niego tak oskarżycielskie spojrzenie, jakby oskarżał go o wykroczenie w postaci gwałcenia wzrokiem dwóch nieletnich par cycków, które radośnie się pożegnały i skierowały na poszukiwanie przygód. 
— Na pewno?
Aomine już chciał otworzyć usta, ażeby coś powiedzieć, bo przecież rozważał taką opcję i nawet ćwiczył przed lustrem taki scenariusz, ale ugryzł się w język.
Nie posiadał siostry, który fazowała na Kise.
Nie potrafił kłamać.
Pierdolę, wydawał werdykt i, wciskając do ręki zmiętoszonego pornosa, uciekł jak płonna dziewica, przyłapana na podglądaniu swoich rodziców w trakcie dzikiego seksu. 
Aomine nie był aż tak obeznany w dokarmieniu ploteczek, toteż aż się wzdrygnął, gdy przyłapał się na tym, że jedna tylko myśl zaprzątała mu głowę od paru minut, gdy opuścił sklep, i nie miała ochoty się oddalić.
Kise… ma… dziewczynę?
Kise ma dziewczynę?
KISE MA DZIEWCZYNĘ?
MA DZIEWCZYNĘ, KURWA!!!
Aż krzyknął z frustracji i popisał się niecenzuralnymi słowami, gdy doczekał się publiki w postaci bezdomnego psa, który zaciekawił się zapachem jego butów.
Nie potrafił zdiagnozować, dlaczego, ale gdy dostrzegł wielki transparent, na którym Kise reklamował nawą kolekcję perfum, poczuł niezidentyfikowane ukłucie w sercu.

*

— To znów wymówka — marudził niezadowolony Kise pod nosem, gdy Aomine ściągnął całe przemoknięte trampki i rzucił w objęcia swojego serdecznego rywala mokrą kurtką. — Zaniedbujesz mnie — nakręcał się coraz bardziej Ryouta, dochodząc do tych kreatywnych wniosków, gdy Daiki dorwał się bez pozwolenia do pilota.
Nie wiedział, dlaczego, ale Daiki konsekwentnie milczał i nie odpowiadał na jego maila, które słał mu od tygodnia. Był zmartwiony do takiego stopnia, że nawet sięgnął i poradę do ciemnych zakątków internetów, których rady był tak pomocne, jak wszystkie kłamstwa, które sprzedawał do magazynów, ażeby zdobyć jeszcze więcej psychofanek, które w przyszłości będą zadręczać go „wartościowymi” listami miłosnymi  i słodyczami, do których mógłby spłodzić cukrzycę i próchnicę za jednym zamachem.
— Wcale nie. Robię na co mam ochotę — burknął niewyraźnie „murzyn”, gdy zaczął manewrować po kanałach, szukając tego właściwego.
W porywach emocji, prawowity właściciel mieszkania miał ochotę gościowi wyrwać narzędzie zbrodni z rąk albo wyciągnąć z kontaktu kabel od zasilenia, ale dał sobie spokój, wiedząc, że to tylko i tak nie skorego do wyjaśnień Aomine, tylko rozłości i niczego się nie dowie, pogarszając sytuację.
—  Tak mało czasu ze sobą spędzamy, a ty go jeszcze marnujesz. — Kise usiadł załamany na progu, przypatrując się jak Aomine z coraz większym zaangażowaniem naciska na przyciski na pilocie. Czuł niedosyt i brakowało mu ich potyczek „jeden na jeden”, a przynajmniej tak próbował sobie tłumaczyć tęsknotę, która płodziła się w jego piersi coraz aktywniej za każdym nowym dniem.
— Nie zadręczaj mnie. Robię to, co lubię. Oglądanie pornosów to hobby, a nie marnowanie czasu — zaargumentował, żałując, że akurat dzisiaj musiał mu zdechnąć prąd.  
— Aominecchi — zawył Kise żałośnie. — A moje uczucia się nie liczą? — Wbił w niego spojrzenie, mając nadzieje, że to go zdekoncentruje i w końcu na niego spojrzy. Nie zadziało.
Daiki, zainteresowany tym, co dzieje się na ekranie, pochylił się bardziej do przodu i zagryzł delikatnie wargę, z lubieżnym uśmiech na ustach.
— Gdy będę ciągle zwracać uwagę na twoje uczucia, będę znęcać się tylko nad sobą i swoim Wenem. — Wzruszył po chwili ramionami w przerwie na reklamy, które tolerował tak bardzo w swoimi życiu, jak Kise, w momencie, gdy przeszkadzał mu, gdy oddawał się swojej największej życiowej namiętności. — A on ciągle krzyczy „nieeeee chcę umierać”.
— Nie rozumiem — stwierdził zgodnie z prawdą Ryoutę, gdy do tyłka wszedł mu chłód tak olbrzymi, że aż wstał i skierował się do kuchni. Na początku miał ochotę chwycić się za głowę, ażeby podkreślić swoją dramę, ale miał świadomość, że Daiki nie zauważy jego starań.
— Nie szkodzi. Ja też nie — odezwał się po chwili Aomine, a Kise mógł się założyć o swoją szczytową karierę modela, że nawet go nie słuchał. Obserwował jak siada na białym dywanie, opierając się plecami o fotel i oddał się tworzeniu kolacji dla ich obojga. 
— Przynieść piwo — polecił po chwili Aomine, gdy pewna reklama zafascynowała go tak bardzo, że aż rozchylił usta i zaczął ssać nieświadomie kciuki.
Pięć minut później, gdy złożył propozycję, ażeby jasnowłosy się do nie przyłączył, zmarszczył brwi w niezadowoleniu, mając nadzieję, że zaserwuje mu chociaż w odpowiedzi sójkę w bok. Skierował niechętnie twarz w kierunku Ryouty, który na jego szczęście milczał jak zaklęty i aż syknął, gdy Kise strzelił spektakularnego focha, przechodząc z zawansowanego marudzenia, do ofensywnego udawania, że Aomine nie istnieje.
Daiki westchnął i zamknął na chwilę oczy, ażeby pozbierać wszystkie myśli na nowo. Właściwie sam fakt, że znów majstrują z prądem w jego dzielnicy i olbrzymia chęć oglądania pornosów, nie była motywem przewodnim jego dzisiejszej wizyty. Poczochrał zdruzgotany nastroszone włosy, kapitulując. Nie potrafił tak po prostu zagadnąć „masz dziewczynę?’, zdając sobie sprawę, że ręce mu drżały. Poza tym jeśli Kise odbierze to jako przejaw troski, Aomine będzie musiał przyjąć tę życiową porażkę na swoją klatę i niezgrabnie się wytłumaczyć, a w jego pojęciu tylko wini się tłumaczą. Zawsze. 
— Smacznego.
Kise wepchnął mu do ręki kubek z parującą herbatą. Jej ciepło przyjemnie ogrzało chłodną dłoń Daikiego. Blondyn usiadł obok i postawił przed nim talerz z kanapkami.
— Nie patrz na nie tak, jakby były nasączone trucizną — rzucił Ryouta, gdy zauważył, że Daiki zabrał jedną do ręki i przyglądała jej się z każdej strony, jak gdyby była świeżo zakupionym filmem przeznaczonym dla pełnoletniej części widowni.
— Nie wolisz spędzasz czas ze swoją dziewczyną? — zapytał szybko Aomine, gdy był w stanie  powiedzieć cokolwiek i wepchał sobie kanapkę do ust, nie zważając na uszczerbki na swoim zdrowiu, którego mogę się odpuścić kulinarne eksperymenty drugiego przedstawiciela Generacji Cudów.
—  Nie mam dziewczyny. — Kise zmarszczył brwi, upijając łyk swojej herbaty. — Skąd w ogóle ten pomysł? — zapytał, koncentrując swoją całą uwagę na Daikim.
— Pomyślałem, że mógłbyś mieć — wytłumaczył pokrętnie śniadocery, drapiąc się po głowie, szukając w niej jakichkolwiek racjonalnych argumentów na swoje przepuszczenia. — Jesteś sławny, przy kasie, baby za tobą szaleją — wymieniał, a  Ryouta się roześmiał.
— Gadasz od rzeczy — skomentował w chwili na zaczerpniecie świeżego oddechu, choć musiał przyznać, że Aomine było do twarzy z roztargnieniem, bo pierwszy raz w życiu widział go właśnie w takim stanie. Nagle wpadł na szaleńczą myśl, która narodziła się w jego umyśle niespodziewanie i nie mógł się powstrzymać. — Nie mów, że czytałeś mój wywiad do anan — zagadnął, wycierając zabłąkaną łzę z policzka.
Aomine poczuł jak uszy mu poczerwieniały.
— Wyobraźnia cię ponosi — odparł oburzony. — A poza tym dlaczego taka gadasz? — zaciekawił się jak gdyby nigdy nic, ażeby zabić swoje uczucia, które narodziły się w nim przez calutki tydzień, kiedy udawał, że nie istnieje.
— Aominecchi — zabrał jedną kanapkę — show biznes rządzi się własnymi prawami i, aby — wpakował mu ją do ust — utrzymać się na liście popularności, trzeba się czasem poświęcić — wytłumaczył.
Nie chciał kłamać, ale też nie mógł zignorować menadżera, który uparł się, że musi to powiedzieć, ażeby dobrze się sprzedać na rynku. Zależało mu na agencji i swojej pracy, bo dzięki temu ostatecznie odciął pępowinę, która trzymała go resztkami sił u rodziców i zaczął samodzielne życie.
— Poza tym chcieli uniknąć niewygodnych plotek — dodał po chwili Kise, zajmując się uzupełnianiem zapasów żywności w żołądku.
— Jaki plotek? — zdziwił się Aomine, gdy przełknął wielki kęs chleba, o mały włos się przy tym nie durząc.
— Ludzie zaczęli gadać, że kocham się w pewnym facecie — wytłumaczył cierpliwie Kise, gdy Daiki zakrztusił się powietrzem i zakasłał.
—  Że co? — zapytał zdumiony, ignorując fakt, że serce przypomniało o swoim istnieniu, bijając tak mocno, że miał wrażenie, że ucieknie do skłonnego do zwierzeń Ryouty.
— Nic. Pornos ci się zaczął — zauważył, wstał i oddalił się, aby dorwać laptopa. — Oglądaj, a ja sobie popracuję.
Wyszedł i oparł się od ściany, oddychając tak głośno, że miał wrażenie, że Daiki go usłyszy.

Aominecchi, wiem, że jesteś tępą strzałą i nie zauważasz, co się dzieje wokół ciebie, dopóki ci nie stanie. Ale aż zęby mnie bolą na myśli, że nie dostrzegłeś jak próbowałam każdego dnia zwrócić na siebie uwagę. Ciągle krzyczałem „kocham cię”, „szaleję za tobą”, „spójrz na mnie”, ale ty nie zwracałeś na to uwagi. Robiłem to bezgłośnie.
Nie umiesz czytać między wierszami, tępy murzynie, ale więc, że jesteś powietrzem, którym oddycham.
Poczekam cierpliwie, aż sam do tego dojdziesz. Nie chcę zużywać słów na próżno. 

Cdn.



Eloszki~!
Kolejna część mojego tasiemca z kurobase. Mam taki olbrzymi sentyment do tego ficzka, że aż muszę go dokończyć, mimo że znów noszę na sobie ten sam ciężar — zjebałam.
Przepraszam, że nie dawałam znaku życia, że nie dodawałam nic nowego przez ostatnie osiem dni, ale reanimacja Black podziała na mnie jak kubeł zimnej wody.
Staram się nabazgrać coś z Mobile Suit Gundam 00. Może się uda. Trzymajcie kciuki~!

5 czerwca 2013

Znieczulica

Rozdział 2

Luty, wbrew jakimkolwiek przewidywaniom, okazał się łaskawy i nawet słońce, niczym nie zrażone protestem ze strony kłębiących się na niebie szarych przyjaciół, przestało częstować ludzi swoją znieczulicą i udowodniło, że jeszcze żyje.
Aomine, zarażony nietypowym optymizmem przez rozochoconego Kise, który jeszcze dziesięć dni temu pobrzękiwał coś pod nosem o wiosennych zakupach z Daikim w roli głównej, wymusił na sobie wrócenie do dawnej egzystencji, bo już nawet kot sąsiadów nie nabierał się na jego argumenty, że jest zimno i w ogóle, i nie ma przez to najmniejszej ochoty wytykać choćby nos za próg niewielkiej kawalerki.
Nawet miał ochotę na mały meczyk, ale zgromiony przez mordercze spojrzenia swoich treningowych obiektów, szybko zaprzestał swoich prób perswazji, które jeszcze kilka miesięcy temu ćwiczył przed lustrem.
Nawet Ryouta, dla którego przebywania z Aomine było tylko pretekstem do kolejnego „jeden na jeden”, wykazał zerowe chęci na uczestnictwa w okołozimowym szaleństwie, zaproponowanym przez serdecznego rywala.
Dlatego zapał Daikiego opadł tak szybko jak się pojawił.

Kurwa, kurwa, zaklął pewnego dnia Aomine pod nosem, gdy w radio odżyła moda na piosenki z lat osiemdziesiątych, a luty chylił się ku końcowi. 
Nie miał bladego pojęcia, dlaczego antybiotyk nie mógł ulżyć mu w cierpieniu, ale sam fakt, że leżał jak bezbronne dziecko, przyprawiało go o jeszcze większe zawroty głowy. Przewrócił się na drugi bok i naprawdę zaczął tego żałować, gdy jego głowę przeszył tak okropny ból, że rozłożył go na łopatki.
Naciągnął na siebie koc, opatulając się nim szczelnie, i mimowolnie zamknął oczy. Nie mógł znieść myśli, że pokonało go zwykle przeziębienie, którego nabawił się dwa dni temu, gdy czekał w deszczu na Royotę, aż ten łaskawie wróci do domu.
Nie wrócił, a serce Aomine pogrążyło się w chaosie.
Daiki nie miał jednak żadnych podstaw, aby się nad tym dużej zastanawiać i rozkminiać swoje życiowe dylematy, stwierdzając, że DVD Mai nie może już dłużej chronić półki przed kurzem i jest wystarczająco dobrym argumentem na zabicie niedzielnej nudy.
Podciągnął się na łokciach, wymachując dłonią w akcie depresji tylko w sobie znanym kierunku w poszukiwaniu najnowszej płyty z zimowej kolekcji swojej idolki.
Tak, Ryota, miałeś cholerną rację. Zabijam smutki cyckami. Ta wiadomość pewno cię ucieszy, mruknął myślach, uśmiechając się gorzko.


Aomine usiadł na krześle i wreszcie zapalił papierosa, ażeby ochłonąć, z tlącą się nadzieję, że ten uspokoi skołatane nerwy. Jeszcze chwilę temu chciał sięgnąć po radę eksperta, ale po chwili zrezygnował. A teraz jęknął cicho, chowając twarz w dygoczących dłoniach. Był rozchwiany emocjonalnie i przesadzał, ale nie miał pojęcia, z czego to wynikało. Nie ukrywał, że teraz najchętniej dałby sobie po prostu kulkę w łeb i byłoby po kłopocie.
Stwierdziwszy, że siedzenie i zadręczenie się na śmierć w niczym nie pomoże, włożył w uszy słuchawki i włączył sobie ulubiony kawałek. W między czasie wykręcił numer Kise i aż się wzdrygnął, stwierdzając, że pierwszy raz nauczył się jakiegokolwiek cyfrowego tasiemca na pamięć. 
Po chwili skapitulował, stwierdzając, że to nie ma najmniejszego sensu, że Kise pewnie jest zawalony natłokiem obowiązków i nawet nie odsłucha wiadomość zostawionej na sekretarce.
Po czterech godzinach bezproduktywnego wsłuchiwanie się w jeden kawałek aż do porzygu, wstał, a jego cień jak milczący towarzysz rozciągnął się na ścianie. Zabrał kurtkę, założył buty i wyszedł.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy ulubiona piosenka Kise, która na początku tak bardzo go irytowała, że aż miał odruchy wymiotne, stała się jego ulubioną.


Dopiero cztery godziny później przypomniał sobie o swojej potrzebie zaspokojenia głodu, gdy brzuch przypomniał brutalnie o swojej obecności. Woda w czajniku żyła własnym życiem, szumiąc cicho. Dzień wdzierał się jak nieproszony gość do mieszkania – swoim gwarem ulicznym i zachodzącymi promieniami słońca zaburzając koncepcje spokoju dwudziestolatka – i nadmiar wszystkiego, przez cienkie ściany słyszał odgłosy aktu dwóch ciał.  
Daiki, aby umilić sobie obfitujące w niesamowite atrakcje popołudnie, włączył radio. Akurat leciały wiadomości. Spiker, szukający sensacji, nadawał o meteorycie, który rzekomo rozbił się na obrzeżach Tokio i stał się obiektem ciekawości i kłopotów policji, w tym samym czasie, co Aomine ziewnął i przekręcił brudną od warzyw dłonią kanał na inny, mrucząc pod nosem coś co brzmiało jak: „ludzie znów naczytali się sci-fi i bredzą”.
Siekał cebulę, a z jego oczu płynęły słone łzy. Nie wiedział, jak to się stało, że zmusił się do tego czynu, który na pewno zostawi trwały uszczerbek na jego zdrowiu. Ale był pewny że musiał przyczynić się do tego jeden bardzo ważny i paradoksalnie prosty fakt - allium cepa, to jedna z niewielu jadalnych roślinek, które zasilały budżet całkowicie już pustej lodówki aominowych zapasów.
W sumie nawet nie wiedział, kiedy otworzył okno, uciekł do łazienki naprzeciwko ściskając w dłoni telefon.

20:12 ~Aominecchi: Jesteś?
20:16 ~Kise: Nie, nie ma mnie...
20:17 ~Aominecchi: Przecież już wiem, że jesteś, cwelu…
20:17 ~Kise: …dla ciebie... @_@
20:19 ~Aominecchi: Znów emujesz?
20:21~ Kise: Mam na ciebie uczulenie, debilu jeden ty~
20:21 ~Aominecchi: To się wal.
20:22 ~Kise: A z kim? ^_^
20:23 ~Aominecchi: Z własnym odbiciem w lustrze, na przykład.
20:26 ~Kise: Hahaha, spierdalaj! )_(
20:27 ~Aominecchi: No, niby gdzie?
20:27 ~Kise: Ano wiesz, dla mnie ty nawet sobie możesz na kosmos, jak coś. Przy okazji popodziwiasz sobie widoki. ;P
21:28 ~Aominecchi: Nie kuś nawet.

Przemył twarz zimną wodą, napawając się chwilowym orzeźwieniem, które zniknęło tak szybko jak się pojawiło. Wyszczotkował zęby, zmierzwił włosy i westchnął głęboko, kalkulując, że jego ciemna karnacja stała się bledsza, jakby bardziej matowa.
Mimowolnie poczuł ukłucie w żołądku, gdy przypomniał sobie, jak Kise śmiał się, że jest z niego murzyn i wrzuci go do wanny z chlorem i krochmalem, gdy jeszcze raz uderzy go piłką w czoło. 

21:43 ~Aominecchi: Wpadniesz jutro na jeden na jednego?
21:50 ~Kise: A wiesz, jaka jutro będziesz pogoda, Aominecchi~?
21:50 ~Aominecchi: A co pogoda ma wspólnego z koszem?
21:52 ~Kise: No wiesz, gdy świeci słoneczko mam dużo pozytywnej energii... *_*
21:52 ~Aominecchi: Niby skąd mam wiedzieć...
21:54 ~Kise: Nieważne. Do jutra, beibi~ ;***
21:54 ~Aominecchi: I nie zapomnij o…
21:54 ~Kise: Tak, tak, wiem~!

*
Musiał wygrać. Miał już serdecznie dość przegranej! To musiał być koniec, ostatnie słowo, ostatni ruch. Śmierć jego szczęściu!
Gra się rozpoczęła.
Rzecz działa się tak dynamicznie, precyzyjnie i szybko, że Kise aż rozbolała głowa. Po chwili jednak, kompilując w głowie wyjątkowo podstępny i sprytny plan działania, przechwycił piłkę. Obrócił ją w dłoniach parę razy, przekozłował kawałek, szukając w obrębie swojego wzroku żądnego potu i krwi podłego antagonisty. A gdy znalazł kontakt wzrokowy z drugim przedstawicielem gatunku ludzkiego, zaczął się przemieszczać z szybkością światła, z taką precyzją, której nie powstydziłby się nawet sam mistrz w biegach krótkodystansowych.
— Nie rób sobie złudnych nadziei, murzynie — burknął blondyn, gdy Aomine podążył tuż za nim, wystawiając dłoń, tak, aby zakończyć związek Kise z pomarańczową piłką.
— I, kto tu sobie robi jakiekolwiek nadzieje — kontratakował luźno Daiki, a w jego oczach lśniło rozbawianie, a także jakaś niebezpieczna iskierka, gdy zaś wystawił rękę w kierunku piłki. Ryota w między czasie zrobił klika kroków w tył, manewrując w prawo i w lewo, coby uśpić chociażby na minutę czujność Aominecchiego. Potem ruszył w stronę kosza, wolną ręką odgradzając się od spragnionego piłki Daikiego. Z niewyjaśnionej przyczyny praca jego serca przyspieszyła, gdy skonfrontował się z jego odsłoniętą klatką piersiową.   
Uśmiechnął się pod nosem, gdy mimo wysportowanego i wyćwiczonego ciała Aomine, dostrzegł przesmyk, dzięki którego mógłby się bez problemu przedostać pod kosz. Czując nagły skok adrenaliny, postanowił wykorzystać okazję zdarzającą się raz na rok i sprintem pobiegł w najbardziej sprzyjające do wsadu miejsce, w głowie jeszcze powtarzając wszystkie wytyczne skopiowane perfekcyjnie od Daikiego.
Kise czuł na sobie – konkretnie swoich pośladach i zgrabnym tyłku – spojrzenie Daikiego, który uważnie śledził jego każdy najmniejszy ruch, jak się podrywa lekko w górę i rzuca, jak piłka leci idealnie z dwutaktu, którego wybrał, jak za chwilę trafi wprost w obręcz i poruszy nawet niewzruszoną dotąd białą siatkę.
Na ustach już czuł smak zwycięstwa, gdy piłka odbiła się wdzięcznie od tablicy. Ale czyjeś ręce zgarnęły ją sprawnie, w chwili, gdy już miała spotkać ze swoim przeznaczeniem i, przechwycone przez ciepłe i duże ręce Aomine, dokonała swojego sezonowego debiutu.
Daiki zaśmiał się, na gust Kise bardzo okropnie i nie czule, mierzwiąc mu jasną czuprynę. A on tylko patrzył z otwartą gębą na kosz.
Jego wielka chwila, którą wyczekiwał latami.
Jego zwycięstwo.
Wszystko runęło.
— To wszystko przez ciebie, Aominecchi — rzucił przez ramię, wskazującym oskarżycielskim palcem na przyjaciela. — Po co żeś się gapił na mój tyłek, co, jebany pedale?! — krzyknął, w oka mgnieniu znajdującym się przy nim i nawet za nim zdążył zareagować, wbił paznokcie w jego koszulkę, szturchając nim.
— Co ty odstawiasz? — przestraszył się nie na żarty Daiki, zdając sobie sprawy, że są w miejscu publicznym, a akty czułość, na które narażał ich Ryota były ściśle mówiąc nie na miejscu.
— No bo ja myślałem, że tym razem mi się uda — mruknął tylko, jak niepocieszony dzieciak i, jakby obrażony, naburmuszył się jeszcze bardziej.
— Pohamuj się, blada cioto, bo i tak nigdy ze mną nie wygrasz — odparł złośliwie, gdy w oczach Kise pojawiła się nadzieja na rewanż.
— Nie żebym wygrał, gdy będę stał z boku i tylko gapił się na ciebie — odparował buntowniczo, nacierając walecznie barkiem na jeszcze nie do końca rozruszanego Daikiego.  Ten strategiczny faul koniec końców dla obu skończył się betonem.
— Ciebie to chyba do reszty popierzyło — skomentował zły jak diabli Aomine, gdy jako pierwszy podniósł się z ziemi i otrzepał. — Weź ty się jakoś człowieku życiowo ogarnij czy coś — prychnął jak rozjuszony kot, gdy skalkulował na swoim ramieniu zadrapanie. —Widzimy się jutro — rzucił na pożegnanie i za nim Kise zdążył sobie coś, poza pozbieraniem się ziemi, odszedł.
— Z tobą zawsze bardzo chętnie, Aominecchi — pomyślał pod nosem, gdy zaprzeczenie logicznego stanu emocjalnego Ryoty zniknęło na horyzoncie.  
To nie tak, że przegrywam, bo jestem słabszy, pojebie, pomyślał rezolutnie, stwierdziwszy że jego zła passa zaczęła się gdzieś w okolicy pierwszego spotkania Aomine i przez niego przegrywał tyle razy!

01:00 ~Kise: Masz ty ode mnie mały przedpremierowy prezent, draniu~! (。・ω・。)
01:10 ~Aominecchi: Też nie możesz spać?
01:12 ~Kise: Jestem w robocie, głupku! 8) A ty nie możesz, Aominecchi~???
01:15 ~Aominecchi: Przecież śpię, ślepy jesteś?
01:23 ~Kise: Właśnie widzę @_@

No i jak mam ci powiedzieć, że moja odporność zdrowotna zdechła i nie mogę najprawdopodobniej kontynuować naszej popapranej rywalizacji, co, Kise?, zapytał w przypływie bezradności Daiki o prawie w pół do drugiej na ranem, oglądając przedpremierowe zdjęcia Ryoty do magazynu  dla żeńskiej części publiczności.


Co prawda miałam dodać dopiero w piątek/sobotę, ale stwierdziłam, że zrobię to dziś, skoro wieczór jeszcze młody, piękny i w ogóle konkretny.
Nie umiem opisywać gry w kosza, to przerasta moje jakiekolwiek umiejętności. Daiki się zarzyna emocjonalnie, ale później postaram się wam to jakoś zrekomepsować, obiecuję. Fobia Kise na robale w końcu się uaktywni! XD
Z góry przepraszam za błędy, jestem ślepa i ułomna, jeśli o nie chodzi. Stan, w którym musk odmawia ze mną współpracy, trwa już stanowczo za długo ^^”

28 maja 2013

Znieczulica

Rozdział 1

— Masz okres, prawda? Prawda? — zapytał z nadzieją Kise, pewnego dnia, gdy postanowił złożyć swojemu największemu rywalowi wizytę. Musiał przyznać, że to prawdziwy cud, że trafił w to miejsce. Jak się okazało po kilku minutach pieszej wędrówki, gdy czarny kot skarcił go spojrzeniem na klatce schodowej, kiedy bez zaproszenia wtargnął do domu swojej publicznej zmory, wcale nie takie znów bezludne i pozbawione cywilizacji.
— Czego tu? — zapytał subtelnie Aomine na powitanie, marszcząc brwi, a robił to tak często, że spłodzona już dawno na czole zmarszczka, tylko się pogłębiła.
— Pomyślałem, że nie chcesz przeprosić — podsunął rozdrażniony jasnowłosy, gdy w jego głowie zakiełkowała po raz enty nadzieja na happy end, najlepiej z pięcioma wykrzyknikami, aby nie doszło do negacji. Bo naprawdę żywił chociaż kilka gramów nadziei, że Aomine wykaże się swoim refleksem i kreatywnością. — Powinniśmy ubrać te nagie ściany w jakiś obrazy czy coś. Co myślisz? — zagadnął, czując, że nie wygra ze swoją drugą stroną natury.
— Ale ja wcale nie żartowałem — burknął Daiki, budząc się powoli przytulony do zimnej ściany. Nie skomentował ostatnich słów blondyna, w obawie, że zajdzie to za daleko i kolejny raz na „dzień dobry” przytacha jakieś swoje graty, które zaburzą aominową definicję minimalizmu.
— Aominecchi, ale tu jest brzydko! — jęknął Kise, stwierdzając, że zatrzymanie się na progu to najbardziej subtelne i adekwatne do sytuacji wyjście.
— Krzywo patrzysz — zaprzeczył Aomine, trochę na przekór, tak dla zasady, aby mieć pretekst by się posprzeczać, aby z kimś pobyć chociaż na chwilę.
Może przespał się z tym wszystkim i teraz mu już tylko lepiej?, przeszło przez myśli Ryocie, gdy Daiki zwlekł się ze swojego wiekowego posłania i wykonał skomplikowane kombinacje, aby pokonać długość dwudziestu centymetrów, która dzieliła go od okna, przy okazji nie wywrócić się na śmieciach, zalegających na podłodze.
— Ej no, weź, trochę kreatywności, zaprzyjaźnij się z odkurzaczem, miotłą czy czymś takim  — zgadnął Kise, stwierdzając, że powinien zacząć tę dyskusję trochę z innej strony, jak nigdy nic, w końcu to lepsze niż taka zwykła o pogodzie, prawda?
  Masz jeszcze tego mojego poronola z zimy? — zagadnął po chwili Aomine, gdy Kise wykonał kilka nieśmiałych kroków, aby przynajmniej trochę przełamać psychiczną barierę, która w nim odżyła, widząc różne przedziwne rzeczy walające się po podłodze. Prawda była taka, że Daiki nie chciał, aby w mieszkaniu zalęgło się wszędzie pełno „artystycznych” pobudek modela, które doprowadzały go do szewskiej pasji. Śmiał nawet twierdzić, że bałagan tworzył właśnie z dedykacją dla niego. 
— Bardziej pamiętam zeszłoroczny śnieg, niż te twoje pieprzone znieczulacze — kontratakował Kise, obawiając się, że Daiki do czegoś zmierzał. Ale mimowolnie skarcił się w myślach. Jak mógł nie pamiętać, gdy wcisnął mu go brutalnie do torby w momencie, kiedy w promieniu metra pojawiła się Satsuki, krzycząc i wrzeszcząc, że powinien chociaż zaopatrzyć się w czapkę i rękawiczki, bo mróz szczypie w nos?
Unik taktyczny, tak się tłumaczył, gdy uciemiężony przez życie Ryota musiał się skonfrontować uzbrojoną po zęby w matkowanie Momoi, która swoją empatią przerażała go nie mniej niż własny widok w lustrze tuż przed przebudzeniem.
— Ciągle zmieniasz temat — stwierdził po chwili wyższy przedstawiciel Generacji Cudów.
— Teraz zauważyłeś? — Kise podrapał się niezręcznie po czuprynie, choć tak naprawdę aż się w nim zagotowało.
To jest ta popularna mina do złej gry?, pomyślał, gdy Aomine Daiki zmierzył go od stóp do głów, całkowicie niepocieszony wynikiem swoich spostrzeżeń. Wiedział, że diabeł tkwił w szczegółach, a on o szczegóły nałogowo nie dbał. Gdyby tak było, uczyłby się na własnych błędach.
— Jeśli masz czas na emowanie, to może przejdziesz się do domu i mi go przyniesiesz, co? — rzucił Aomine, zerkając pod starte śmierci. Nawet on, nieskłonny do uczuć wyższych, przynajmniej tych teoretycznych, dostrzegł, że Kise był jakiś dziwnie roztrzęsiony, nieswój, no bo gdzie podział się pozer, który częstował wszystkich swoim irytującym uśmiechem?
— Jeśli myślisz, że pozwolę ci odejść to się grubo mylisz — zaczął Ryota, stwierdzając, że nie da się bezkarnie obrażać. Był z siebie dumny, że w porę ugryzł się w język i nie powiedział „ty znów o tym?”.
— Ż-że co? — wydukał Daiki, zamierając w pół kroku. Przypatrywał się swojemu byłemu koledze z drużyny jak nowej atrakcji turystycznej.
— A to, że nigdy nie zostawię cię z tyłu — odparł buntowniczo Kise, nie mając nawet pojęcia, kiedy stanął tuż przy nim. — Nigdy.
Aomine wypuścił głośno powietrze z płuc i zaśmiał się głośno od nadmiaru absurdów, zaserwowanych przez starszego kolegę.
— Ćpałeś coś, tak? — zapytał, w przerwie na oddech, musiał dać z siebie wiele, aby nie paść na podłogę i nie zaczął się turlać ze szczęścia. — Nie pochlebiaj sobie. Nie będziesz musiał mnie zostawić w tyle, bo nigdy mnie nie przewyższysz.
— To był tylko zły alarm?
Nasze uczucia naprawdę pachną znieczulicą, pomyślał refleksyjnie, gdy odtrącił zachęconą dłoń Aomine od siebie. 
— To ja sobie już pójdę i… CO TY WYPRAWIASZ, DEBILU? — warknął, gdy Daiki skradł mu pierwszy pocałunek tego dnia.
— Zostań przy mnie — zrekompensował się za szkody psychiczne, które mu wyrządził trzy dni temu.
— A idź ty ode mnie — mruknął Ryota, wykonując tył zwrot, tak szybko, że Aomine nie zdążył nawet mrugnąć.
— Od kogo skopiowałeś tak perfekcyjnie ucieczkę, co? — krzyknął za nim. — A może to jedyna twoja naturalna umiejętność, hę? No, przyznaj się!
Uśmiechnął się jednak gorzko, nie mając ochoty na zabawę w kotka i myszkę.

„Jedyny, który może mnie pokonać, to ja sam” Mówiłem tak, ale… Nie jestem aż tak cierpliwy, żeby czekać. Lata płyną, a ja naprawdę się boję, Kise, o nas, o ciebie, że kontuzja w końcu nas pokona. I w ogóle… W końcu spotkaliśmy się przez czysty przypadek od tego czasu zawsze byliśmy gdzieś obok.  A skoro nie możesz mnie przewyższyć, czy mógłbyś…




z tego zrezygnować…?

Cdn.

Wychodzi z tego coś naprawdę aż do porzygu melancholijnego. No, ale to taki alternatywny świat, gdzie Aomine nokautuje się własnymi myślami o swojej przyszłości i tak dalej, jednym słowem - nadszedł czas na życiowe dylematy, poza tym nawet nie zdaję sobie mentalnie sprawy, że za każdym razem, gdzie występuje "ja", występuje także Kise to i Kise tamto.
Mam nadzieję, że fick przypadnie wam do gustu, a ja będę mogła spać spokojnie. ;)

27 maja 2013

Znieczulica

Wstęp

No bez kitu, zużyłem wszystkie tabletki szczęścia, prychnął w myślach Kise, pozwalając, aby piłka wypadła mu z dłoni i, kilka razy odbijając się od boiska, zatrzymała się w kałuży.
Ciągle powtarzał sobie, że coś takiego jak niepokoi nie istnieje, ale, widząc go dziś pogrążonego w milczeniu, nie podobało mu się to wcale. Miał nawet wrażenie, że uronił kilka łez, ale to mogło być tylko optyczne złudzenie, pot, cokolwiek, a przynajmniej tak próbował sobie to tłumaczyć.
Patrzył jeszcze przez chwilę jak sylwetka Aomine maleje coraz bardziej na horyzoncie aż znika, ukryta w cieniu kolejnych budynków tokijskiego labiryntu ulic. Jeszcze przed chwilą chciał krzyczeć, aby się zatrzymał, aby nie wygadywał wyssanych z palca bzdur i ogarnął swoje wygórowane „ja”, ale żadne słowa nie mogły przejść mu przez gardło.
Może powinien wziąć sobie do serca przeklęty horoskop, który przez ćwierć jego dni zatruwał życie i wyczuć w tym wszystkim wiszącą w powietrzu anomalię?
A może powinieneś się pogodzić z rzeczywistością, Kise?, mniej irracjonalna część jego ego podzieliła się z nim błyskotliwą anegdotą, w momencie gdy przeżył spotkanie trzeciego stopnia ze słupem sygnalizujące mściwie „stop!”.
Ale przecież Kise Ryota przez te wszystkie sześć lat nigdy się nie poddawał i teraz nie mógł spocząć tak sobie na laurach, tylko dlatego, że jakimś tam Aomine Daiki przeżywał kryzys wieku średniego.
Aby zaszyć gdzieś chociażby na minutę wszystkie wątpliwości, uderzył pięścią w ścianę i westchnął głęboko, coby pozbyć się ataku histerycznego śmiechu rodem z nisko budżetowych filmów o czubkach. Wyprodukował sobie tylko pulsujący ból i jeszcze większą falę paniki w głowie.
— Szkoda dnia — odparł w końcu. — Ja już się postaram wybić Aominecchiemu te wszystkie głupoty z głowy!
Jak postanowił, tak zrobił.


Cdn.


Mój debiut w ficzkach z KnB i żeby nie przemęczać, bardzo krótki i trochę opłakany w skutkach. Poza tym nie spodziewacie się w tym wypadku łańcucha przyczynowo-skutkowego, bo w tym przypadku coś takiego nie istnieje.