Zawsze zastanawiałem się, czy mógłbyś
spróbować chociaż na trochę to
polubić.
Gdybyś nie polubił, mógłbyś odejść jak gdyby
nigdy nic, a ja nigdy nie powiedziałbym ci jak tak naprawdę się czuję.
Ale byłby to czysty blef, bo nigdy się tak
nie czułem…
Zacisnąłem
dłoń na długopisie tak mocno, aż knykcie mi zbielały. Po chwili zacząłem
manewrować narzędziem do pisania z jednej do drugiej ręki, próbując tym samym
uspokoić szaleńczy bieg myśli.
„Jezu, co za
pierdoły!”
Nie miałem
pojęcia kiedy to wszystko się zaczęło, ale pamiętałem dobrze moment, kiedy
zobaczyłem go po raz pierwszy…
Wtedy była
chyba końcówka marca, ferie wiosenne chyliły się szybkim krokami ku końcowi.
Nastoletnia populacja narodu japońskiego przypomniała sobie o widmie
zbliżającego się okołoszkolnego szaleństwa i szturmami terroryzowała wszystko,
co się dało, ażby tylko maksymalnie wykorzystać ostatnie dni wolności.
Czułem ukłucie
zazdrości gdzieś w okolicy pępka, ale nie brałem udziału w ostatnich dniach
parady nieokrzesanego współżycia z naturą.
To nie tak, że
uważałem się za kogoś lepszego. Mimo najszczerszych prób podjęcia z kimkolwiek
dłuższej konwersacji, nie potrafiłem znaleźć wspólnego języka z bogatymi
snobami, dlatego też na okres przeprowadzki nie było nawet mowy o zaciśnięciu
więzi z nowymi sąsiadami i zasadami.
W duchu
cieszyłem się, że to wszystko się kończy.
Wcale nie było
mi przykro, gdy pomachałem na „do widzenia” gimnazjum, które przyswoiło do
mojej głowy ponurą gonitwę od szpitala do kolejnego. Aż w końcu zmuszało do
powrotu do domu, w którym panowała taka wykańczająca atmosfera, że miałem
ochotę zamordować dziesięć razy lustro każdego ranka.
„Wena mnie
opuściła”, pomyślałem refleksyjnie i westchnąłem głęboko, dając upust
frustracji, gdy pojąłem, że od dwóch minut wpatruję się tempo w boisko do
kosza.
W ramach
rekreacji, rozglądnąłem się dookoła, szukając nowej ofiary i aż uniosłem brwi w
uprzejmym zdziwieniu, gdy dostrzegłem w zasięgu swojego wzorku samotną personę,
która siedziała na ławce pośród dzikiego tłumu, prowadząc namiętny romans z
bandażem.
Wykrzywiłem
usta w triumfalnym uśmiechu, przeprowadzając szybki i taktyczny rezonans.
Dzieci snobów
rozpoznaje się po idealnie wyprasowanym kołnierzu i schludnie, równo
przystrzyżonej fryzurze.
Z góry
założyłem, że nic z tego nie wyjdzie, ale mimo wszystkich wcześniejszych
doświadczeń podszedłem do nieznajomego, bo każdy sposób był dobry, aby zabić
niedzielną nudę.
— Cześć —
zagadnąłem dziarsko.
Nie zaszczycił
mnie nawet jednym pojedynczym spojrzeniem. Nadal owijał swoje palce lewej dłoni
bandażem jak nie jedna rasowa pielęgniarka.
— Cześć —
powtórzyłem już trochę głośniej, pochylając się nad nim. Gdy tylko
zlokalizowałem przy jego boku maskotkę imitującą białego misiaczka aż nie
mogłem wyjść z zachwytu. Poczułem z nim mentalną więź i może dlatego usiadłem
obok, zabierając zabawkę na kolana. — Jestem Takao, a ty? — podjąłem kolejną
syzyfową próbę, dając mu sójkę w bok. Nie byłem tak cierpliwy, ażeby czekać aż
w końcu mnie dostrzeże.
Podziałało.
Uniósł głowę i zerknął na mnie przelotnie. Nie umknął mi fakt, że zmarszczka
przyozdobiła jego czoło.
Wtedy jeszcze
nie miałem pojęcia, że to oznaka zbliżającej się zagłady.
— Midorima
Shintaro — mruknął jakby od niechcenia, zabierając mi chwilową zabawkę sprzed
nosa.
— To bardzo
długie imię — zauważyłem, „a nazwisko ma odzwierciedlać szaloną barwę na
głowie, tak?”, dodałem już bardziej złośliwie w myślach, nie mając zamiaru
dzielić się tą uwagą z całym światem.
Prawda była
taka, że byłem zbyt otwarty i przy niezadowoleniu tłumu często gadałem, co mi
ślina na język przyniosła i może to był główny powód, dla którego miałem
problemy z adaptacją w terenie? Nie potrafiłem zmieścić się w uniwersum.
— Ma tylko
dwie sylaby. To nie jest jeszcze długie imię — kontratakował, tym razem
zatrzymując swój wzrok dużej na mojej zadowolonej twarzy. — Yoshimatsu
albo Tagashashi
to długie imiona.
Przez chwilę myślałem, że żartuje, ale minę miał tak grobową, że
po moim ciele przeszły ciarki.
„Sci-fi”, przeszło mi przez myśl, kiedy znów oddał się swojej
fascynującej czynności.
— Nie ma sprawy — powiedziałem luźno. — Nie zapamiętam twojego
imienia, Shin-chan — dodałem, postanawiając, że dziś będzie „Shin-chanem”.
— Złośliwie?
Na twarzy Shin-chana pojawiła się dziwna ekspresja, której nie
potrafiłem zidentyfikować. Zastosowałem jedyną skuteczną obronę – zamrugałem
parę razy i zaśmiałem się tak głośno, że
kilka par oczu zwróciło się w naszym kierunku, zaintrygowane moim stanem ducha.
— Nie — zapewniłem, gdy już ogarnąłem swoje emocje do takiego
stopnia, że mogłem w miarę normalnie oddychać.
Shin-chan zmierzył mnie uważnym spojrzeniem.
— Grasz w koszykówkę — bardziej stwierdził niż zapytał,
poprawiając kwadratowe okulary na swoim nosie.
— Spodziewałem się takiej dedukcji po przedstawicielu Generacji
Cudów — przyznałem po chwili, gdy moją twarz rozświetlił szczery uśmiech.
— Wiedziałeś? — zdziwił się uprzejmie, zgarniając do jednej ręki
maskotkę.
— Od początku — zapewniłem, gdy wstał bezceremonialnie z ławki.
Może tylko mi się wydawało, może to tylko wybryk mojej wyobraźni, ale miałem
wrażenie, że on także w tamtym momencie wykrzywił usta w coś na kształt
uśmiechu.
— Do zobaczenia — odparł w końcu po chwili zastanowienia i oddalił
się w tylko sobie znanym kierunku.
*
— Dlaczego?! —
zawyłem teatralnie. — Dlaczego, do cholery, nie mogę ani razu trafić do tego
cholernego kosza?! — podjąłem kolejny raz desperacko, gdy stojący obok mnie Shin-chan
dopijał swoją zupę z czerwonej fasoli.
— Może
dlatego, że kiepski z ciebie koszykarz — zaczął swoją próbę perswazji, gdy
kolejny raz tego dnia wysłałem mu wyzywające spojrzenie.
Pociągnąłem
ponoru nosem i wypuściłem piłkę z ręki w geście kapitulacji. Przez chwilę
wydawało mi się, że to tylko początek jakiegoś wyjątkowo skomplikowanego planu,
dzięki któremu będę mógł zdobyć chociaż jeden punkt z uwagi na to, że Shin-chan
skoncentrował dłuższe spojrzenie na gumowej kaczce, która obserwowała nasz „jeden
na jeden” od dłuższego czasu. Jednakże zamiast pomysłu przyszedł uciążliwy ból
głowy i poddałem się kolejny raz bez walki.
— Mówiłeś, że
wreszcie mnie pokonasz — zwrócił mi uwagę, gdy w konsekwentnym milczeniu
ruszyłem do domu, marząc już tylko o relaksującej kąpieli.
— Później —
mruknąłem niezadowolony pod nosem.
— Znam twoje
„później” — westchnął Shin-chan, mnąc aluminium i rzucając je spektakularnie do
kosza na śmieci. — Trwa mniej więcej tyle samo, co moje „niedługo” — dodał.
— Rozmyśliłem
się — powiedziałem w końcu — od dziś będziemy razem współpracować — dodałem,
jakby przestawiając go przed faktem dokonanym. — Jak podoba ci się ten pomysł?
— Nie podoba —
zbuntował się niemalże od razu, nawet bez chwili zawahania, co tylko sprawiło,
że nabrałem pewnych obaw.
— Ok —
skomentowałem krótko. — Widzimy się jutro.
— Jutro jest
rozpoczęcie roku — odparł spostrzegawczo, popisując się jak zwykle szeroką
znajomością wszystkich dat.
Westchnąłem.
— Tym bardziej
widzimy się jutro.
Uśmiechnąłem
się szeroko. Nie wiedziałem jakie liceum wybrał, ale nawet nie chciałem
wiedzieć. To był temat tabu. Wszystko było tematem tabu, nasza znajomość
opierała się na grze w koszykówce i lakonicznych wymianach zdań.
Tak właśnie
zaczęła się nasza popaprana znajomość.
*
— Spóźnię się
— marudziłem i wygramoliłem się z autobusu, rozluźniając sztywny kołnierz
gakuranu, który nieustannie zatrzymywał dopływ świeżego powietrza.
Rzecz jasna
przesadzałem, ale dla lepszego efektu postanowiłem całą odległość od przystanku
do szkoły przebyć w pełnym biegu, aby lepiej zaprzyjaźnić się ze swoją
kondycją.
Dlatego
przerzuciłem niedbale torbę przez ramię i, machając nieskoordynowanie dłońmi,
ruszyłem ile sił w nogach do liceum Shutoku. W pierwszej chwili chciałem wybrać
drogę na skróty, bo z terenem rozeznałem się po egzaminach wstępnych, ale żeby
nie było tak łatwo, skręciłem w kolejną uliczkę i przy mojemu przerażeniu
zahamowałem ostro, gdy usłyszałem hałas tłuczonego szkła.
— Cześć, Takao!
Z przerażeniem
zarejestrowałem stojącego obok mnie Shin-chana, który pierwszy raz od siedmiu
dni naszej znajomości wykrzesał z siebie aż tyle entuzjazmu na mój widok i
nawet zwrócił się do mnie po imieniu.
— Cześć,
Shin-chan — odpowiedziałem grzecznie i uśmiechnąłem się uprzejmie.
— Jaki jest
twój znak zodiaku? — zapytał przez zaciśnięte zęby, a ja nie musiałem aż tak
bardzo się rozglądać, aby wiedzieć co tak zaniepokoiło mojego serdecznego
znajomego.
— Skorpion —
odpowiedziałem po chwili namysłu, zdając sobie sprawę, że milczenie tylko
jeszcze bardziej zaburzało spokój Midorimy. Przełknąłem głośno ślinę.
Zaciskał
dłonie w pięść, a w jego oczach była wymalowana taka olbrzymia złość i niechęć,
że aż miałem wrażenie, że splunie mi na twarz.
Nie splunął.
Poprawił okulary swoim wyuczonym do perfekcji gestem i powiedział tylko:
— Oha-Asa
nigdy się nie myli.
I zostawił
mnie w stanie wymagającym szybkiej reanimacji, bo doskonale zdawałem sobie
sprawę, że Shin-chan mógł mnie wyposażyć w coś innego niż w błysk wściekłości w
oku.
*
Jako jedyni
przedstawiciele naszego rocznika dostaliśmy się do głównego składu. Nawet w
ramach szczerej radości starałem się skołować trochę procentów, ale
sprzedawczyni nie nabrała się ani na moje sztuczne wąsy, ani na ponory wyraz
twarzy.
„Pech to moje
drugie imię”, musiałem przyznać przed samym sobą, ale może nie było aż tak źle?
— Wiedziałem,
że nam się uda — zagadnąłem rozochocony w drodze powrotnej, pedałując z całych
sił. Nie mogłem już wytrzymać całego milczenia, które trwało od dobrych kilku
minut, a Shin-chan wcale nie ułatwiał.
— Oha-Asa
nigdy się nie myli — powtórzył beznamiętnie swoją mantrę i ziewnął przeciągle,
opierając się o jedną z czterech ścian rikszy, którą zafundował w ramach
rekompensaty za uszczerbki na swoim zdrowiu.
— Następnym
razem gramy w papier-kamień-nożyczki — zawyrokowałem, ocierając pot z czoła,
gdy złapał nas popołudniowy korek.
Szczerze
powiedziawszy nie rozumiałem, dlaczego Shin-chan zawsze preferował w takie
trudne rozwiązania, skoro prosty i o wiele szybszy transport mieliśmy przed
nosem, ale pewnie sugerował się ceną.
„Snob”,
pomyślałem, zerkając na niego kątem oka.
— Nie dam już
rady! — jęknąłem, gdy wybrałem opcjonalnie mniej zakorkowaną drogę.
— Nie marudź —
odparł Shin-chan. — Jeszcze kawałek. Pośpiesz się — podsumował cały mój
wysiłek, gdy próbowałem z rozmachem przywitać ulicę główną.
Pozwoliłem
sobie na chwilę nieuwagi i przyglądałem się jak mruży oczy, jak próbuje bez
skutku powstrzymać kolejne oznaki zmęczenia, jak daje za wygraną i ziewa drugi
raz i trzeci.
Uśmiechnąłem
się pod nosem, czując dziwne ukłucie gdzieś w okolicy gdzie powinno znajdować
się moje serce.
*
Nie miałem
bladego pojęcia, czy to ja nauczyłem się rozmawiać z Shin-chanem, czy to on ze
mną. A może była to tylko kwestia przyzwyczajenia?
Nie wiem. Wiem
tylko, że przez te dwa miesiące czasu w wielkich bólach i cierpieniach
nauczyliśmy się znosić siebie nawzajem.
Może dlatego
jak zwykle udawał, że tak naprawdę mu nie zależy i oddalał się coraz bardziej
od boiska, gdy trener zgodził się na jego kolejną i ostatnią zachciankę tego
dnia. Ażeby mógł poćwiczyć indywidualne rzuty na drugiej połowie boiska.
— Shin-chan~!
— rzuciłem niemalże od razu na przywitanie, gdy zlokalizowałem go po tym, jak
wszedłem na boisko po wyjątkowo wyczerpującym romansie z królową nauk.
Pomachałem
entuzjastycznie i dałem mu żartobliwego kuksańca w bok, gdy nie odwdzięczył się
nawet spojrzeniem.
— Spóźniłeś
się — odparł chłodno, trafiając po chwili perfekcyjnie do kosza.
— Nie bądź
taki oschły — mruknąłem. — Co powiesz na karaoke po treningu? — zagadnąłem i
stałem tam jeszcze chwilę póki nie zrugał mnie trener i nie kazał zabrać piłki.
Czekałem
niestrudzenie na to, co powie, wiedząc, że kompilacja takich propozycji
przeciąga się w jego wykonaniu w nieskończoność. Nauczyłem się cierpliwości.
Prawie.
— Nie mam
ochoty — odpowiedział.
— To tak nie
działa, Shin-chan — jęknąłem niepocieszony, gdy odmówił i pokręciłem głową z
niedowierzaniem. Był bardziej aspołeczny niż sądziłem. Mimo że chodziliśmy do
tej samej klasy, miałem wrażenie, że nigdy nie zamienił z nikim słówka nawet
wówczas, gdy zdobył zaszczytny tytuł przewodniczącego.
— Oha-Asa
kazała rakom wystrzegać się śpiewu w dzisiejszym dniu — powiedział dobitnie,
jakby to przesądziło o całej sprawie.
Nie rozumiałem
jego ślepej wiary w horoskop, tak bardzo tego nie pojmowałem, że czasem miałem
ochoty zdzielić go w łeb czymś twardym i na tyle mocno, aby otrząsnął się ze
swojego ograniczonego świata.
— W takim
razie jutro — drążyłem temat, aby nie dać mu żadnej szansy na ucieczkę.
— Jutro gramy
przeciwko Seirin — wytłumaczył tonem matki, która właśnie tłumaczyła dziecku,
co powinien, a czego nie powinien robić.
„Dlaczego
nawet taki szary człowiek jak Kuroko wymaga więcej twojej uwagi niż wesoły
ja?”, warknąłem w myślach, ale pokręciłem tylko przytakująco głową i oddaliłem
się od niego, aby zapomnieć.
Nigdy nie mówisz „tak” albo „nie”, zawsze
dobierasz słowa w taki sposób, abym został, dlatego odnoszę wrażenie, że chcesz
w swoim życiu kogoś takiego jak ja. Nie uciekniesz.
Nie potrafiłem
w żaden sposób przeanalizować jego zachowania.
Przekazłowałem
przez całą długość sali i trafiłem.
Koszykówka
była moją jedyną znieczulicą, deską ratunku.
*
— Przegraliśmy
— oświadczył, wycierając twarz w ręcznik. Powiedział to tak dobitnie, że aż się
we mnie zagotowało.
„Nie mów tego
tak łatwo”, pomyślałem, chociaż miałem wrażenie, że nie zrobił tego bezcelowo.
Wszystko, co robił miało jakiś sens, którego pojmowałem z nawet kilku dniowym
opóźnieniem.
— Zauważyłem —
odparłem grobowym tonem, jakby zabili mi psa i kota, pozbawionym entuzjazmu,
którego raczyłem wszystkich na lewo i prawo. Nie potrafiłem się z tym pogodzić,
może dlatego nie spojrzałem na niego ani razu, gdy weszliśmy do szatni.
— Przegraliśmy
— dodał jeszcze raz, zaciskając dłoń na swoim szczęśliwym przedmiocie.
— Nie
przeżywaj — mruknąłem, tylko dlaczego miałem jakieś niejasne poczucie
obowiązku, że to wszystko moja wina? Może gdyby mógł powstrzymać chorą obsesję
Shin-chana, byłbym…?
— Takao… —
wypowiedział moje imię, ale po chwili się zawahał. Pierwszy raz od kilku chwil
byłem zmuszony na niego spojrzeć. — Nie molestuj tej butelki tak obsesyjnie —
mruknął tylko z lekką pogardą i teraz dopiero zauważyłem, że ściskałem ją tak
mocno, że mogła za chwilę „eksplodować” mi w rękach.
— Pamiętasz
wtedy… znaczy dzień, w którym się poznaliśmy? — zapytałem, przygryzając wargę.
Zaplątałem się trochę w zeznaniach, ale próbowałem zmienić temat.
Tak jak wtedy,
nie czułem się nigdy.
— Owszem —
przytaknął, trochę zdziwiony.
— Dlaczego
wyciągnąłeś do mnie rękę i oprowadziłeś po okolicy? — zapytałem, jakby od
niechcenia, przerzucając ręcznik przez barki. W międzyczasie złapał powietrze
do ust, tak bezszelestnie, aby nie mógł tego zauważyć.
— Byłeś nowy i
pomyślałem, że się zgubisz — odparł, wzruszając ramionami. — Nie, na pewno byś
się zgubił — zapewnił.
— Nie myśl za
dużo — mruknąłem złośliwie na rozładownie napięcia.
— Przegraliśmy
— dorzucił swoje trzy grosze, molestując mnie spojrzeniem, zmuszając, abym
odwdzięczył się tym samym.
„Nie wałkuj
tego tematu, proszę”, zaskamlałem w myślach.
— Wiem —
przytaknąłem dobitnie i spojrzałem. Przez chwilę żałowałem. Patrzył na mnie z
taką presją, że w pierwszej chwili chciałem się zapaść pod ziemię, ale dzielnie
to znosiłem.
Zaakceptowałem
jego wyzwanie na spojrzenia.
— Zrobiliśmy
to….
„przez
ciebie”, miał to wymalowane na twarzy, na ustach, oczy mówiły za niego.
A ja nie
mogłem już wytrzymać. Uderzyłem go i naprawdę mi ulżyło, do tego stopnia, że
zacisnąłem mocno powieki, aby nie pokazać mu swoich łez.
Z jakiegoś
powodu nie potrafiłem mu się sprzeciwić, akceptowałem każde jego kłamstwo,
każdą zachciankę. Mimo że już dawno przekroczył wszystkie limity.
— Widzimy się
jutro — rzuciłem dumny, że głos mi nie zadrżał, chociaż jego ton był tak
markotny, że miałem ochotę turlać się z frustracji po parkiecie.
„Dlaczego
jestem twoim cholernym planem b?”
Byłem chyba
zbyt otwarty na rzeczywistość i świat, aby przyswoić sobie pokrętny tok
myślenia Midorimy, który był prawie tak samo skomplikowany jak droga do jego
domu.
Ale czerpałem
chorą satysfakcję, gdy zostawiłem go sam na sam z tak dużym kacem moralnym.
*
Tęskniłem, tak
cholernie tęskniłem, że miałem chociaż nadzieję, że pokaże się na meczu Touou
kontra Seirin. Napisał tylko wymowne „nie chce mi się” i naprawdę miałem ochotę
złożyć mu niespodziewaną wizytę, ale w
porę się powstrzymałem, stwierdzając, że to byłby już jawny przejaw depresji i
szaleństwa. Nie byłem aż tak zdesperowany.
Po pierwszej
połowie nie wytrzymałem napięcia i, ażeby ulżyć swoimi cierpieniom, złożyłem
wizytę ubikacji.
Przyglądałem
się swojemu odbiciu w lustrze i próbowałem wykrzesać z siebie trochę więcej
entuzjazmu, który nie był tylko maską pozorów, ukształtowaną na cześć swojego
poczucia humoru.
Prychnąłem pod
nosem jak rozjuszony kot. Nie potrafiłem sobie przypomnieć dokładnie kontur
jego twarzy, mimo że widzieliśmy się trzy dni temu. Ostre rysy twarzy, mały
nos, usta wykrzywione w grymasie i zielone oczy, prześwietlające wszystko jak
rentgen.
Wiedziałem, że
były idealne.
Przyłapałem
się na tym, że wyciągnąłem telefon z kieszeni i znalazłem numer „snoba” w
kontaktach.
Patrzyłem na
bezczelne „Shin-chan” przez więcej niż zamierzałem i aż zmniejszyłem zakres
swojego widzenia.
„Kochasz
sposób w jaki za tobą tęsknię, draniu”, warknąłem i kierując się jakimś dziwnym
instynktem, że tego właśnie Midorima od mnie oczekiwał, schowałem z powrotem
telefon do kieszeni.
Przeczesałem
szybko włosy i uśmiechnąłem się.
Poczekam
jeszcze trochę dużej, aby zwiększyć efektywność tego dramatu.
*
— Pośpiesz się
— zrzędził od samego rana jak baba, która została dopiero co okresu, gdy znów
przegrałem w kamień-papier-nożyczki i musiałem naciskać na pedała jak
szaleniec.
— Nikt nie
liczy się z moimi uczuciami — narzekałem pogodnie, chcąc strzelić
spektakularnego focha, ale powstrzymałem tę chęć na inny dzień.
— Tutaj nikogo
nie interesują twoje uczucia, tylko dwugodzinne opóźnienie — burknął
niepocieszony Shin-chan, zakładając ręce na klatkę piersiową.
— Nie jestem
shinkansenem — odpowiedziałem i skręciłem w przeciwną stronę nie powinienem.
— To w drugą
stronę — oburzył się i nawet pokusił się o najbardziej energiczną reakcję, jaką
zaobserwowałem u niego przez ostatnie tygodnie, przestał wyciągać twarz do
słońca, kierując na mnie całą swoją uwagę.
— Ha, teraz
sam sobie popedełuj — oświadczyłem z triumfem, zatrzymując rikszę, która zawsze
robiła tyle sensacji, że aż głowa mała. Zeskoczyłem ze siodełka.
— Hm… —
mruknął niezadowolony, a na jego czole pojawiła się niebezpieczna zmarszczka. —
Do zobaczenia. Nie pokazuj mi się na oczy do końca dni — odparł i zgromił mnie
spojrzeniem.
Gdyby były
inne okoliczności, pewnie zawahałbym się, odpuściłbym i znów owinąłby sobie
mnie wokół palca, ale zachowałem bojową postawę i nawet przytupnąłem, aby
zaakcentować swój upór.
— Pa —
odpowiedziałem i pomachałem mu energicznie, gdy był zmuszony pokierować swój
„nowoczesny” pojazd. Złożyłem sobie mocne postanowienie, że złożę mu dzisiaj
nieoczekiwaną wizytę i przyniosę tyle słodyczy, ile uda mi się unieść.
Nie wiedziałem
dlaczego, ale z jakiegoś powodu ich nie lubił. Uraz z przeszłości? Nie był zbyt
gadatliwy, a ja nie nakręcałem rozmowy.
Patrzyłem jak
rusza, jak prycha pod nosem, aż koniec końców się zatrzymuje.
— Takao?
— Tak?
— Podoba mi
się taka współpraca — oświadczył w końcu i nakazał jednym spojrzeniem, abym
wsiadał i się nie wygłupiał.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
„Beze mnie nie
możesz nawet samodzielnie oddychać”, uniosłem kciuki do góry, aż w końcu
usiadłem na zagrzanym przez jego tyłek miejscu.
Jeśli właśnie
w taki sposób chciał zadeklarować swoje uczucia, nie miałem zamiaru prosić o
więcej.
Domyślam się, że lubisz, gdy cię błagam…
Dokończyłem.
— Co robisz? —
zaciekawił się Shin-chan, zerkając mi przez ramię.
— Nic! —
podskoczyłem jak oparzony i instynktownie zmiąłem kartkę. Poczułem jak
poczerwieniły mi uszy, ale łudziłem się, że nie zauważy.
— Oha-Asa
mówiła, że dziś skorpiony wyznają swoje uczucia rakom — odparł wymownie i
oddalił się do swoich obowiązków.
„Jestem twoim
planem b”, westchnąłem w myślach i, aby wyładować swoje negatywne emocje,
próbowałem uderzyć go kulką w sam czubek głowy.
Spudłowałem i
pogrążyłem się w egzystencjalnej rozpaczy.
Zauważył.
Jestem skończony.
*
— Shin-chan~!
— lamentowałem od paru minut nad jego uchem, gdy on przewrócił się na drugi bok
i mruknął coś pod nosem. — Shin-chan~! — nie rezygnowałem, zrywając z niego
kołdrę.
— Dzień dobry
— burknął niezadowolony i jak zawsze patrzył na mnie w taki sposób, że gdyby
spojrzenie mogło zabić, pewnie od dziesięciu sekund leżałbym trupem.
— Dlaczego
zawsze witasz mnie z taką niechęcią? — zapytałem zdegustowany i westchnąłem
głęboko. Sam do końca nie wiedziałem, czy chcę, aby udzielił mi odpowiedzi.
— Budzę się
pałając niechęcią do świata, a że pierwszym widokiem jakim widzę to ty, to już
nie moja wina — odparł, siadając na łóżku.
Uśmiechnąłem
się, on zgarnął mnie do siebie, poczochrał mój bałagan na głowie i skradł
pierwszy pocałunek tego dnia.
Byliśmy ze
sobą od dwóch miesięcy, a moje serce za każdym razem pracowało szybciej, gdy
czułem jego chłodny oddech na karku.
— Wiesz, że
dzisiaj mamy półfinał z Rakuzen — podsunąłem, gdy zaczął molestować swoimi
ustami moje plecy.
— Która
godzina?
Przestał
niemalże od razu.
— 10:00.
— Czemu nie
obudziłeś mnie wcześniej, Takao? — zapytał i zerwał się z łóżka jak szaleniec,
aby pozbierać szybko swoje porozrzucane rzeczy.
Zaśmiałem się,
oglądając z satysfakcją jak szamota się po pokoju. I zastanawiałem się, która
perspektywa go bardziej przerażała. Fakt, że jego rodzice mogą odkryć, że
dziewczyna ich ukochanego syna ma męskie narządy rozrodcze, czy, że pierwszy
raz w swojej karierze przykładnego do bólu ucznia spóźnił się na trening.
— Żartowałem.
Jest 7:00.
— Takao!!
Jego krzyk
miał z pewnością moc przebudzenia zmarłych.
— Postawię ci
dziś twój szczęśliwy przedmiot, ale nie krzycz — zacząłem licytacje, gdy
czmychnąłem do łazienki i się w niej zabarykadowałem, coby nie paść ofiarą jego
„przemocy”.
— Otwórz —
zażądał.
Usłyszałem
łomot. Pewnie biedactwo znów będzie uderzało pięścią drzwi, aż nie będzie mieć
zakrwawionych palców.
— Też cię
kocham — sprzeciwiłem się kolejny raz, wiedząc, że w przyszłości będzie mnie to
wiele kosztować.
— Otwórz.
Wpakowałem się
pod prysznic.
— Nie.
— Wygrałeś…
Rozkręciłem
wodę i nie dosłyszałem kolejnych słów, albo przynajmniej chciałem, aby on
myślał, że nie słyszałem.
— …kocham cię.
— Mówiłeś coś?
— drażniłem się z nim.
Jestem planem
b, ale lubiłem być jego miłym dodatkiem do życia.
Byłem
niesamowicie dowartościowany.
Koniec.
Trzeba
przywitać z godnością wakacje, z podniesioną głową i takie tam, dlatego
prezentuję mój wielki debiut pierwszosobowy, a co za tym idzie, eksperyment.
Długo myślałam kto ma być narratorem i ostatecznie wybrałam Takao, bo bałam
się, że przy Midorinie się zapętlę.
Nie wiem, co
mogłabym jeszcze napisać. Mam nadzieję, że jakoś to przełknięcie, bo starałam
się, aby było trochę miłości.
Trzymajcie się!